poniedziałek, 2 grudnia 2013

Zabili go i uciekł (Lyra)

Jeremiasz Kip stał na polnej drodze i rozglądał się dookoła. Zaćmienie właśnie dobiegało końca i ptaki nieśmiało zaczynały się odzywać. Trawa szumiała niemal tak samo jak przed kilkoma minutami, a jednak wyczuwalna była jakaś zmiana: trochę jak fałszywy ton w melodii, który jej jednak nie rujnuje, tylko odmienia i tworzy coś nowego. Mężczyzna wciągnął powietrze głęboko w płuca, zakaszlał i ruszył powoli przed siebie. W kierunku zabudowań. Jego dom znajdował się na obrzeżach miasta. Ciemnozielona farba odłaziła płatami i wyzierało spod niej zbutwiałe drewno. Na ganku umocowana była huśtawka, poruszana przez wiatr wydawała nieprzyjemny, skrzypiący dźwięk. Jeremiasz wszedł na żwirowaną ścieżkę, prowadzącą do drzwi i, na razie jeszcze niespiesznie, zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu karty identyfikacyjnej. Zza rogu budynku wyszedł nagle mężczyzna w ciemnym garniturze w tenis i zawołał go po imieniu. Odwrócił się w jego stronę i sztucznie uśmiechnął.
- Tak, czy coś się stało? – Chciał, żeby zabrzmiało to naturalnie i przyjaźnie. Jednocześnie bacznie wpatrywał się w twarz obcego, starając się dostrzec jego oczy, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. Na pewno miał do czynienia z kimś z Agencji, to nie ulegało wątpliwości. Jednak podstawowym pytaniem pozostawała kwestia, czy jest on AI-em czy Naturalnym. Naturalny nie odczyta temperatury jego ciała, nie zmierzy średnicy źrenicy i nie podsłucha tętna. Wtedy być może uda mu się jeszcze zyskać trochę czasu. Zawsze wiedział, że ten dzień kiedyś nastąpi, że przyjdą po niego i tym razem nie uda mu się im wymknąć. Jednak wciąż liczył na to, że znalezienie go zajmie im trochę więcej czasu.
Kiedy świat przyjął w siebie Przemianę, zareagował jak organizm podczas szczepienia. Wszyscy wiedzieli, że pod koniec tego procesu, gdy koło się domknie, wyjdzie z niego udoskonalony, silniejszy i znacznie lepiej przygotowany na czekające go jeszcze eony. Jednak, póki co, gorączka nadal trawiła stare metropolie i śćiągała na nie deliryczne, złe sny.
- Chciałbym z panem porozmawiać przez chwilę, jeśli można – miał przyjemny, nieco zachrypnięty głos. Odpalił papierosa i zaciągnął się z lekkim westchnieniem. Jeremiasz skinął tylko lekko i wskazał starą ławkę. Sam usiadł szybko i lekko nią zabujał.
- Ciężko było nam pana znaleźć – tamten sięgnął do wewnętrznej kieszeni i przez chwilę w niej grzebał. W końcu podał mu wizytówkę – Philip Smith, jestem z Agencji.
Jeremiasz po raz kolejny pokiwał głową, nie wiedząc jak inaczej zareagować na tę oczywistość. Postanowił nie przyspieszać niczego, tamten dobrze wiedział, co robi i z pewnością nie potrzebował jego pomocy, aby go zaaresztować. Przywowłał do pomocy najbardziej serdeczną część swej osobowości i zaproponował mu lemoniady. W końcu jemu też musi być ciepło w taki dzień, nawet jeśli ostatecznie jest tym pieprzonym AI-em, tłumaczył sobie idąc do kuchni i szykując dwie szklanki z lodem. Przez chwilę, bardzo krótką trzeba przyznać, rozpatrywał otrucie agenta. W kuchni miał wiele środków, które odpowiednio zaserwowane, mogłyby nieco spowolnić organy ścigania. Jednak, nie w tym rzecz, że Jeremiasz się bał lub miał jakiekolwiek skrupuły. Nie. W grę wchodziły ważniejsze czynniki. Na przykład fakt, że z pewnością nieopodal zaparkowany jest wóz, w którym czeka partner Smitha. A sam Smith może być wyposażony w detektor. A nawet jeśli nie jest, to zabójstwo agenta w ostatecznym rozrachunku może nie tylko minimalnie opóźnić sam moment aresztowania, ale na pewno zintensyfikować sam jego akt w najgorszy z możliwych sposobów. Tak więc Jeremiasz nie dodał nic do szklanki agenta. Przez jeszcze krótszą chwilę namyślał się nad możliwością otrucia samego siebie, ale ten plan też wydał mu się w najlepszym wypadku żałosny i melodramatyczny. Po pierwsze, myślał krusząc lód, nie po to tyle razy uciekałem, aby teraz wyręczyć tych drani. Po drugie, kostki powoli traciły swój regularny kształt w miarę uderzeń tłuczka do mięsa, w ten sposób stracę być może ostatnią szansę na dowiedzenie się, o co tak naprawdę im chodziło przez te wszystkie lata. A po trzecie, kto powiedział, że ten palant nie zechce jednak na wszelki wypadek zamienić naszych szklanek i ostatecznie i tak zostanę z jednym martwym agentem na werandzie. I całą ich masą stąpającą mi po piętach. A zatem wracamy do punktu wyjścia.
- Proszę, to dla pana – podał mu lemoniadę – Strasznie ciepło dzisiaj, nie sądzi pan? – I nie patrząc nawet na Smitha wypił duszkiem niemal całą zawartość swojej szklanki. Agent spojrzał na niego z lekkim zaciekawieniem.
- Czy pan wie, dlaczego tu jestem?
Jeremiasz wzruszył ramionami. Czy powiedzenie „tak” będzie równoznaczne z przyznaniem się do winy? Czy też może chcą go w ten sposób wypróbować, sprawdzić w jakim stopniu jest gotów do współpracy? A może, choć to najmniej prawdopodobna możliwość, agent jest nowy i niedoświadczony i zwyczajnie nie umiał inaczej rozpocząć tej rozmowy. Ponownie wzruszył ramionami, aby dać mu do zrozumienia, że to jedyna odpowiedź na jaką może liczyć. Tamten, najwyraźniej usatysfakcjonowany jego reakcją, zaczął powoli mówić. Każde słowo odmierzał niczym metronom.
- Świat nie jest już taki, jakim był kiedyś. Pan zdaje sobie z tego sprawę, prawda? Jak sądzę wie pan o tym nawet lepiej niż większość ludzi – odpalił kolejnego papierosa – Od jak dawna pan się ukrywa? Panu pewnie się wydaje, że jest pan ofiarą nowego porządku, czyż nie? – Spojrzał mu prosto w oczy i Jeremiaszowi przez chwilę wydawało się, że dostrzega w nich czerwony blask rozbawienia. Zapadła cisza. Tak jakby tamten oczekiwał, że on nagle teraz zacznie mówić, że zechce opowiedzieć mu historię, własną wersję wydarzeń. Że może będzie liczyć na jego współczucie, czy jakkolwiek by to nazwać. Ale Jeremiaszowi Kipowi nawet nie przemknęło to przez myśl. Siedział zapatrzony w dal i czekał na wielki finał tego spotkania, na ostateczne zamknięcie. Właściwie, czemu tamten nie przechodził prosto do sedna sprawy? Co go powstrzymywało? Czy mimo wszystko nadal miał nadzieję, że stanie się tu świadkiem jakiejś spowiedzi, publicznego wyznania win i nazwisk? To przecież byłoby zbyt proste, zbyt bardzo, według Jeremiasza, godziłoby w powszechnie uznawane decorum. Jeden ucieka, drugi go goni; na koniec nie zostają przyjaciółmi i nie pomagają sobie nawzajem. Nie ma pojednania. I nigdy też nie słyszał, żeby ostatecznie żyli długo i szczęśliwie. To zdarza się tylko w książkach, i to tylko tych najtańszych.
Tamten mówił dalej, ale Jeremiasz już go nie słuchał. Próbował sobie przypomnieć jak to wszystko się zaczęło. No tak, na początku zjawili się Oni i niemal cały świat oniemiał z zachwytu. Wydawało się, że w końcu nastanie ten długo oczekiwany dobrobyt, ten czas pokoju między narodami... Ba! Że przestaną istnieć jakiekolwiek narody a ludzie nareszcie staną się jedną wielką rodziną. Tylko, że realizacja tego planu trwała nieco dłużej niż ktokolwiek przewidywał: trzeba było poświęcić niektóre rzeczy, niektóre osoby, a nawet niektóre państwa - dla sprawy. Pojawili się Agenci, zaczęli znikać inni ludzie. I chyba właśnie wtedy Jeremiasz musiał zacząć uciekać. Kiedyś był dosyć zdolnym chemikiem, znanym w pewnych kręgach. Często wykonywał zlecenia dla anonimowych zleceniodawców. I pewnego razu jedno z jego zleceń trafiło na pierwsze strony gazet. Było dużo ofiar, sprawa miała polityczny posmak i rozpoczęło się polowanie na czarownice. Czyli między innymi na niego. Do nikogo tak naprawdę nie miał żalu. Chociaż był tylko podwykonawcą, to jednak nie był na tyle naiwny, żeby nie wiedzieć do czego wykorzystywano jego urządzenia. Nie czekając na wyniki dochodzenia, uciekł.
Smith patrzył na niego wyczekująco. Pewnie zadał kolejne pytanie i czeka na jego reakcję. Jeremiasz tak jak poprzednio wzruszył ramionami, to powinno wystarczyć. Poza tym potarł skronie, czuł że zbliża się kolejny ból głowy. Ostatnio bardzo się nasiliły. Właściwie miał je niemal bez przerwy. I nic nie pomagało. Nie działał nawet neuronowy bloker. Pewnie powinien iść z tym do lekarza, ale u lekarza zakładają kartotekę, spisuja twój kod: a to nie do końca pożądane, gdy starasz się nie zostawiać żadnych śladów. Chociaż, skoro i tak go znaleźli, może trzeba było jednak pójść do jakiegoś. Nie sprawiłoby to żadnej różnicy. W ostatecznym rachunku.
- Boli, prawda? – Smith uśmiechnął się  dość szpetnie i nachylił w jego stronę. Jeremiasz spojrzał na niego zdziwiony.
- Skąd pan wie? – Mocniej przycisnął dłonie do głowy – No tak, pewnie teraz już nikt nie zadowala się tylko odczytem tętna. Monitorujecie pewnie nawet fale mózgowe... Ale wtedy po co ta cała rozmowa, czemu nie przejdziemy do sedna od razu? – Spojrzał wyzywająco na agenta. Tamten jednak nie wyglądał już na rozbawionego. W jego głowę wymierzoną miał lufę pistoletu.
- Ty nadal nic nie rozumiesz, prawda? Myślisz, że przez ten cały czas chodziło nam o ciebie?! O jakąś malutką bombę, o jakieś małe śmierci, w jakimś małym państewku?!
Jeremiasz upadł na podłogę: ból jeszcze nigdy nie był tak intensywny, tak... Wyzwalający? Miał wrażenie, że jakaś siła rozsadza go od wewnątrz. Z trudem dźwignął się na kolana i spróbował podnieść głowę. Smith już nie mówił do niego, przez nadajnik wzywał posiłki:
- Symbiont próbuje się wydostać!... Jest silniejszy... Pospieszcie sie!!
Dalej był już tylko szum. Jeremiasz miał uczucie, że stracił kontrolę nad sytuacją. Nie panował już ani nad swoim ciałem, ani umysłem.
Nagle usłyszał wystrzały z pistoletu.


Zapadła cisza. Niemal nie poczuł upadku. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył była niebieska smuga wędrująca po niebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz