Jeremiasz Kip stał na polnej drodze i rozglądał
się dookoła. Zaćmienie właśnie dobiegało końca i ptaki nieśmiało zaczynały się
odzywać. Trawa szumiała niemal tak samo jak przed kilkoma minutami, a jednak
wyczuwalna była jakaś zmiana: trochę jak fałszywy ton w melodii, który jej
jednak nie rujnuje, tylko odmienia i tworzy coś nowego. Mężczyzna wciągnął
powietrze głęboko w płuca, zakaszlał i ruszył powoli przed siebie. W kierunku
zabudowań. Jego dom znajdował się na obrzeżach miasta. Ciemnozielona farba
odłaziła płatami i wyzierało spod niej zbutwiałe drewno. Na ganku umocowana
była huśtawka, poruszana przez wiatr wydawała nieprzyjemny, skrzypiący dźwięk.
Jeremiasz wszedł na żwirowaną ścieżkę, prowadzącą do drzwi i, na razie jeszcze
niespiesznie, zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu karty
identyfikacyjnej. Zza rogu budynku wyszedł nagle mężczyzna w ciemnym garniturze
w tenis i zawołał go po imieniu. Odwrócił się w jego stronę i sztucznie
uśmiechnął.
- Tak, czy coś się stało? – Chciał, żeby
zabrzmiało to naturalnie i przyjaźnie. Jednocześnie bacznie wpatrywał się w
twarz obcego, starając się dostrzec jego oczy, aby potwierdzić swoje
przypuszczenia. Na pewno miał do czynienia z kimś z Agencji, to nie ulegało
wątpliwości. Jednak podstawowym pytaniem pozostawała kwestia, czy jest on AI-em
czy Naturalnym. Naturalny nie odczyta temperatury jego ciała, nie zmierzy
średnicy źrenicy i nie podsłucha tętna. Wtedy być może uda mu się jeszcze
zyskać trochę czasu. Zawsze wiedział, że ten dzień kiedyś nastąpi, że przyjdą
po niego i tym razem nie uda mu się im wymknąć. Jednak wciąż liczył na to, że
znalezienie go zajmie im trochę więcej czasu.
Kiedy świat przyjął w siebie Przemianę,
zareagował jak organizm podczas szczepienia. Wszyscy wiedzieli, że pod koniec
tego procesu, gdy koło się domknie, wyjdzie z niego udoskonalony, silniejszy i
znacznie lepiej przygotowany na czekające go jeszcze eony. Jednak, póki co, gorączka
nadal trawiła stare metropolie i śćiągała na nie deliryczne, złe sny.
- Chciałbym z panem porozmawiać przez chwilę,
jeśli można – miał przyjemny, nieco zachrypnięty głos. Odpalił papierosa i
zaciągnął się z lekkim westchnieniem. Jeremiasz skinął tylko lekko i wskazał
starą ławkę. Sam usiadł szybko i lekko nią zabujał.
- Ciężko było nam pana znaleźć – tamten sięgnął
do wewnętrznej kieszeni i przez chwilę w niej grzebał. W końcu podał mu
wizytówkę – Philip Smith, jestem z Agencji.
Jeremiasz po raz kolejny pokiwał głową, nie
wiedząc jak inaczej zareagować na tę oczywistość. Postanowił nie przyspieszać
niczego, tamten dobrze wiedział, co robi i z pewnością nie potrzebował jego
pomocy, aby go zaaresztować. Przywowłał do pomocy najbardziej serdeczną część
swej osobowości i zaproponował mu lemoniady. W końcu jemu też musi być ciepło w
taki dzień, nawet jeśli ostatecznie jest tym pieprzonym AI-em, tłumaczył sobie
idąc do kuchni i szykując dwie szklanki z lodem. Przez chwilę, bardzo krótką
trzeba przyznać, rozpatrywał otrucie agenta. W kuchni miał wiele środków, które
odpowiednio zaserwowane, mogłyby nieco spowolnić organy ścigania. Jednak, nie w
tym rzecz, że Jeremiasz się bał lub miał jakiekolwiek skrupuły. Nie. W grę
wchodziły ważniejsze czynniki. Na przykład fakt, że z pewnością nieopodal
zaparkowany jest wóz, w którym czeka partner Smitha. A sam Smith może być
wyposażony w detektor. A nawet jeśli nie jest, to zabójstwo agenta w
ostatecznym rozrachunku może nie tylko minimalnie opóźnić sam moment
aresztowania, ale na pewno zintensyfikować sam jego akt w najgorszy z możliwych
sposobów. Tak więc Jeremiasz nie dodał nic do szklanki agenta. Przez jeszcze
krótszą chwilę namyślał się nad możliwością otrucia samego siebie, ale ten plan
też wydał mu się w najlepszym wypadku żałosny i melodramatyczny. Po pierwsze,
myślał krusząc lód, nie po to tyle razy uciekałem, aby teraz wyręczyć tych
drani. Po drugie, kostki powoli traciły swój regularny kształt w miarę uderzeń
tłuczka do mięsa, w ten sposób stracę być może ostatnią szansę na dowiedzenie
się, o co tak naprawdę im chodziło przez te wszystkie lata. A po trzecie, kto
powiedział, że ten palant nie zechce jednak na wszelki wypadek zamienić naszych
szklanek i ostatecznie i tak zostanę z jednym martwym agentem na werandzie. I
całą ich masą stąpającą mi po piętach. A zatem wracamy do punktu wyjścia.
- Proszę, to dla pana – podał mu lemoniadę –
Strasznie ciepło dzisiaj, nie sądzi pan? – I nie patrząc nawet na Smitha wypił
duszkiem niemal całą zawartość swojej szklanki. Agent spojrzał na niego z
lekkim zaciekawieniem.
- Czy pan wie, dlaczego tu jestem?
Jeremiasz wzruszył ramionami. Czy powiedzenie
„tak” będzie równoznaczne z przyznaniem się do winy? Czy też może chcą go w ten
sposób wypróbować, sprawdzić w jakim stopniu jest gotów do współpracy? A może,
choć to najmniej prawdopodobna możliwość, agent jest nowy i niedoświadczony i
zwyczajnie nie umiał inaczej rozpocząć tej rozmowy. Ponownie wzruszył
ramionami, aby dać mu do zrozumienia, że to jedyna odpowiedź na jaką może
liczyć. Tamten, najwyraźniej usatysfakcjonowany jego reakcją, zaczął powoli
mówić. Każde słowo odmierzał niczym metronom.
- Świat nie jest już taki, jakim był kiedyś. Pan
zdaje sobie z tego sprawę, prawda? Jak sądzę wie pan o tym nawet lepiej niż
większość ludzi – odpalił kolejnego papierosa – Od jak dawna pan się ukrywa?
Panu pewnie się wydaje, że jest pan ofiarą nowego porządku, czyż nie? –
Spojrzał mu prosto w oczy i Jeremiaszowi przez chwilę wydawało się, że
dostrzega w nich czerwony blask rozbawienia. Zapadła cisza. Tak jakby tamten
oczekiwał, że on nagle teraz zacznie mówić, że zechce opowiedzieć mu historię,
własną wersję wydarzeń. Że może będzie liczyć na jego współczucie, czy
jakkolwiek by to nazwać. Ale Jeremiaszowi Kipowi nawet nie przemknęło to przez
myśl. Siedział zapatrzony w dal i czekał na wielki finał tego spotkania, na ostateczne
zamknięcie. Właściwie, czemu tamten nie przechodził prosto do sedna sprawy? Co
go powstrzymywało? Czy mimo wszystko nadal miał nadzieję, że stanie się tu
świadkiem jakiejś spowiedzi, publicznego wyznania win i nazwisk? To przecież
byłoby zbyt proste, zbyt bardzo, według Jeremiasza, godziłoby w powszechnie
uznawane decorum. Jeden ucieka, drugi go goni; na koniec nie zostają
przyjaciółmi i nie pomagają sobie nawzajem. Nie ma pojednania. I nigdy też nie
słyszał, żeby ostatecznie żyli długo i szczęśliwie. To zdarza się tylko w
książkach, i to tylko tych najtańszych.
Tamten mówił dalej, ale Jeremiasz już go nie
słuchał. Próbował sobie przypomnieć jak to wszystko się zaczęło. No tak, na
początku zjawili się Oni i niemal cały świat oniemiał z zachwytu. Wydawało się,
że w końcu nastanie ten długo oczekiwany dobrobyt, ten czas pokoju między
narodami... Ba! Że przestaną istnieć jakiekolwiek narody a ludzie nareszcie
staną się jedną wielką rodziną. Tylko, że realizacja tego planu trwała nieco
dłużej niż ktokolwiek przewidywał: trzeba było poświęcić niektóre rzeczy,
niektóre osoby, a nawet niektóre państwa - dla sprawy. Pojawili się Agenci, zaczęli
znikać inni ludzie. I chyba właśnie wtedy Jeremiasz musiał zacząć uciekać.
Kiedyś był dosyć zdolnym chemikiem, znanym w pewnych kręgach. Często wykonywał
zlecenia dla anonimowych zleceniodawców. I pewnego razu jedno z jego zleceń
trafiło na pierwsze strony gazet. Było dużo ofiar, sprawa miała polityczny
posmak i rozpoczęło się polowanie na czarownice. Czyli między innymi na niego.
Do nikogo tak naprawdę nie miał żalu. Chociaż był tylko podwykonawcą, to jednak
nie był na tyle naiwny, żeby nie wiedzieć do czego wykorzystywano jego
urządzenia. Nie czekając na wyniki dochodzenia, uciekł.
Smith patrzył na niego wyczekująco. Pewnie zadał
kolejne pytanie i czeka na jego reakcję. Jeremiasz tak jak poprzednio wzruszył
ramionami, to powinno wystarczyć. Poza tym potarł skronie, czuł że zbliża się
kolejny ból głowy. Ostatnio bardzo się nasiliły. Właściwie miał je niemal bez
przerwy. I nic nie pomagało. Nie działał nawet neuronowy bloker. Pewnie
powinien iść z tym do lekarza, ale u lekarza zakładają kartotekę, spisuja twój
kod: a to nie do końca pożądane, gdy starasz się nie zostawiać żadnych śladów.
Chociaż, skoro i tak go znaleźli, może trzeba było jednak pójść do jakiegoś.
Nie sprawiłoby to żadnej różnicy. W ostatecznym rachunku.
- Boli, prawda? – Smith uśmiechnął się dość szpetnie i nachylił w jego stronę.
Jeremiasz spojrzał na niego zdziwiony.
- Skąd pan wie? – Mocniej przycisnął dłonie do
głowy – No tak, pewnie teraz już nikt nie zadowala się tylko odczytem tętna.
Monitorujecie pewnie nawet fale mózgowe... Ale wtedy po co ta cała rozmowa,
czemu nie przejdziemy do sedna od razu? – Spojrzał wyzywająco na agenta. Tamten
jednak nie wyglądał już na rozbawionego. W jego głowę wymierzoną miał lufę
pistoletu.
- Ty nadal nic nie rozumiesz, prawda? Myślisz, że
przez ten cały czas chodziło nam o ciebie?! O jakąś malutką bombę, o jakieś
małe śmierci, w jakimś małym państewku?!
Jeremiasz upadł na podłogę: ból jeszcze nigdy nie
był tak intensywny, tak... Wyzwalający? Miał wrażenie, że jakaś siła rozsadza
go od wewnątrz. Z trudem dźwignął się na kolana i spróbował podnieść głowę.
Smith już nie mówił do niego, przez nadajnik wzywał posiłki:
- Symbiont próbuje się wydostać!... Jest
silniejszy... Pospieszcie sie!!
Dalej był już tylko szum. Jeremiasz miał uczucie,
że stracił kontrolę nad sytuacją. Nie panował już ani nad swoim ciałem, ani
umysłem.
Nagle usłyszał wystrzały z pistoletu.
Zapadła cisza. Niemal nie poczuł upadku. Ostatnią
rzeczą jaką zobaczył była niebieska smuga wędrująca po niebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz