Najbardziej niesamowita rzecz na świecie
Wioska jest nieduża. Mieszkam
w niej z rodzicami i małym Antosiem. Jest jeszcze rodzina starosty i kowal,
oberżysta i ksiądz. Ach, jeszcze ruda Zośka, do której nie pozwalają nam się
odzywać, chociaż przecież nieraz widziałem jak mężczyźni pukali do jej drzwi
wieczorem: powiedziałem o tym ojcu i kazał mi milczeć, bo podobno nic nie
rozumiem. Pewnie ma rację.
Na północy jest las i małe
jeziorko. Czasem łowię tam ryby, ale rzadko, bo i tak nie biorą. Ale w końcu to
jakaś atrakcja i może kiedyś uda mi się wyłowić topielca, tak jak Jankowi od
kowalów. Przez trzy dni chodził dumny jak paw i rozpowiadał na lewo i prawo –
jakby to była wielka rzecz... Ale na wszelki wypadek chodzę tam raz w miesiącu
i sprawdzam kijem dno.
Na wschód rozciągają się
nasze pola i podobno jakby iść przez tydzień przed siebie, to doszłoby się do
Wielkiej Wsi: tata często powtarz, że jak skończę piętnaście lat, to mnie tam
zabierze.
Na zachodzie nie ma właściwie
nic, tylko droga. Czasem przyjeżdżają nią obcy, którzy dziwnie mówią. Razem z
innymi dziećmi rzucamy w nich kamieniami, bo nigdy nic nie wiadomo. Tak na
wszelki wypadek.
A na południu stoi zamek
naszego Pana. Dobry to Pan i litościwy, nigdy nie robi objazdów pól, ani nie
wzywa dziewcząt na służbę. To trochę tak, jakbyśmy w ogóle Pana nie mieli. Co
jednak nie zmienia faktu, iż co niedzielę modlimy się za jego zdrowie.
Czasem żal, że nikogo nie
prosi na służbę, tak myślę. Ale nikomu nie mówię, bo raz wspomniałem o tym
matce i kazała mi buzię wymyć mydłem i nie bluźnić. Nie wiem do końca, o co jej
chodziło, ale teraz staram się pilnować. Nigdy nie zabieram nikogo ze sobą jak
idę posiedzieć nad fosą, a jak pytają gdzie byłem, mówię, że byłem nad stawem.
Wczoraj poszedłem znowu
popatrzeć na zamek i strasznie się rozmarzyłem, że może kiedyś w podobnym
zamieszkam i będę dostawać całego dzika na obiad. I tak jakoś się stało, że nie
usłyszałem, gdy otworzono bramę i wyjechał z niej powóz. Nie bardzo wiedziałem
co zrobić, więc skłoniłem się bardzo nisko i nie podniosłem głowy, póki nie
zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy szybko pognałem do domu.
A w wiosce, na środku rynku,
stała ta sama kareta i człowiek ubrany od stóp do głowy w czerń. Wszyscy stali
dookoła ze spuszczonymi głowami i całość zrobiła na mnie dość przygnębiające
wrażenie, więc schowałem się w stajni. Gdy tylko odjechali, pobiegłem do naszej
chaty. Matka szlochała i wyrywała włosy z głowy, a ojciec siedział markotnie na
ławie i popijał z gąsiora. Spojrzał wpierw na mnie, potem na Antosia, a na
końcu na matkę i powiedział, żeby przestała, bo to uczciwa umowa, a wedle tej
uczciwej umowy teraz kolej naszej rodziny. I jeszcze powiedział, że trzeba
zdecydować, którego oddadzą.
Tego samego dnia dowiedziałem
się, że idę na służbę do Pana. Z radości nie mogłem spać. Mama chyba też była
bardzo wzruszona, bo chlipała całą noc.
Zamek okazał się jeszcze
wspanialszy niż myślałem. Wszystkie podłogi były z kamienia lub drewna, a w
oknach zamontowane były rybie błony. człowiek w czerni okazał się być lokajem
(nie do końca wiem, co to znaczy, ale chyba to ktoś ważny) i powiedział, że
wieczorem spotkam się z Panem, a póki co mam iść do kuchni i porządnie się
umyć.
Pan był jeszcze większy niż
nasz kowal, a oprócz tego nosił czerwone spodnie i białą koszulę. Obejrzał mnie
bardzo dokładnie, sprawdził zęby i pytał, czy często choruję. Potem kazał mi
wypić jakiś płyn i zdaje się, że zasnąłem.
Obudziłem się w ciemnym
pokoju i wszystko było jakieś inne. Nic nie widziałem, więc chciałem wyciągnąć
rękę, żeby chociaż zorientować się gdzie jestem, ale, co najdziwniejsze, nie
znalazłem swojej ręki: ani lewej, ani prawej. Postanowiłem więc poczekać
spokojnie, aż ktoś po mnie przyjdzie.
Zjawił się sam Pan i uśmiechnął
na mój widok. Przynajmniej tak sądzę, bo cały obraz był jakiś niewyraźny.
Obszedł mnie dookoła i poklepał po plecach, które wydały dziwny dźwięk „puk,
puk”.
Pan był bardzo zadowolony i
powiedział, że niedługo zostanę przeniesiony do Bestiarium, a potem spytał, czy
chcę zobaczyć najbardziej niesamowitą rzecz na tym świecie. Skinąłem głową, bo
jakoś nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Służący przynieśli wielką posrebrzaną
taflę i rzeczywiście, nigdy nie widziałem tyle srebra naraz. W samym jej centrum namalowano ślimaka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz