poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ślimaki (Lyra)

Najbardziej niesamowita rzecz na świecie

Wioska jest nieduża. Mieszkam w niej z rodzicami i małym Antosiem. Jest jeszcze rodzina starosty i kowal, oberżysta i ksiądz. Ach, jeszcze ruda Zośka, do której nie pozwalają nam się odzywać, chociaż przecież nieraz widziałem jak mężczyźni pukali do jej drzwi wieczorem: powiedziałem o tym ojcu i kazał mi milczeć, bo podobno nic nie rozumiem. Pewnie ma rację.
Na północy jest las i małe jeziorko. Czasem łowię tam ryby, ale rzadko, bo i tak nie biorą. Ale w końcu to jakaś atrakcja i może kiedyś uda mi się wyłowić topielca, tak jak Jankowi od kowalów. Przez trzy dni chodził dumny jak paw i rozpowiadał na lewo i prawo – jakby to była wielka rzecz... Ale na wszelki wypadek chodzę tam raz w miesiącu i sprawdzam kijem dno.
Na wschód rozciągają się nasze pola i podobno jakby iść przez tydzień przed siebie, to doszłoby się do Wielkiej Wsi: tata często powtarz, że jak skończę piętnaście lat, to mnie tam zabierze.
Na zachodzie nie ma właściwie nic, tylko droga. Czasem przyjeżdżają nią obcy, którzy dziwnie mówią. Razem z innymi dziećmi rzucamy w nich kamieniami, bo nigdy nic nie wiadomo. Tak na wszelki wypadek.
A na południu stoi zamek naszego Pana. Dobry to Pan i litościwy, nigdy nie robi objazdów pól, ani nie wzywa dziewcząt na służbę. To trochę tak, jakbyśmy w ogóle Pana nie mieli. Co jednak nie zmienia faktu, iż co niedzielę modlimy się za jego zdrowie.
Czasem żal, że nikogo nie prosi na służbę, tak myślę. Ale nikomu nie mówię, bo raz wspomniałem o tym matce i kazała mi buzię wymyć mydłem i nie bluźnić. Nie wiem do końca, o co jej chodziło, ale teraz staram się pilnować. Nigdy nie zabieram nikogo ze sobą jak idę posiedzieć nad fosą, a jak pytają gdzie byłem, mówię, że byłem nad stawem.
Wczoraj poszedłem znowu popatrzeć na zamek i strasznie się rozmarzyłem, że może kiedyś w podobnym zamieszkam i będę dostawać całego dzika na obiad. I tak jakoś się stało, że nie usłyszałem, gdy otworzono bramę i wyjechał z niej powóz. Nie bardzo wiedziałem co zrobić, więc skłoniłem się bardzo nisko i nie podniosłem głowy, póki nie zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy szybko pognałem do domu.
A w wiosce, na środku rynku, stała ta sama kareta i człowiek ubrany od stóp do głowy w czerń. Wszyscy stali dookoła ze spuszczonymi głowami i całość zrobiła na mnie dość przygnębiające wrażenie, więc schowałem się w stajni. Gdy tylko odjechali, pobiegłem do naszej chaty. Matka szlochała i wyrywała włosy z głowy, a ojciec siedział markotnie na ławie i popijał z gąsiora. Spojrzał wpierw na mnie, potem na Antosia, a na końcu na matkę i powiedział, żeby przestała, bo to uczciwa umowa, a wedle tej uczciwej umowy teraz kolej naszej rodziny. I jeszcze powiedział, że trzeba zdecydować, którego oddadzą.
Tego samego dnia dowiedziałem się, że idę na służbę do Pana. Z radości nie mogłem spać. Mama chyba też była bardzo wzruszona, bo chlipała całą noc.
Zamek okazał się jeszcze wspanialszy niż myślałem. Wszystkie podłogi były z kamienia lub drewna, a w oknach zamontowane były rybie błony. człowiek w czerni okazał się być lokajem (nie do końca wiem, co to znaczy, ale chyba to ktoś ważny) i powiedział, że wieczorem spotkam się z Panem, a póki co mam iść do kuchni i porządnie się umyć.
Pan był jeszcze większy niż nasz kowal, a oprócz tego nosił czerwone spodnie i białą koszulę. Obejrzał mnie bardzo dokładnie, sprawdził zęby i pytał, czy często choruję. Potem kazał mi wypić jakiś płyn i zdaje się, że zasnąłem.
Obudziłem się w ciemnym pokoju i wszystko było jakieś inne. Nic nie widziałem, więc chciałem wyciągnąć rękę, żeby chociaż zorientować się gdzie jestem, ale, co najdziwniejsze, nie znalazłem swojej ręki: ani lewej, ani prawej. Postanowiłem więc poczekać spokojnie, aż ktoś po mnie przyjdzie.
Zjawił się sam Pan i uśmiechnął na mój widok. Przynajmniej tak sądzę, bo cały obraz był jakiś niewyraźny. Obszedł mnie dookoła i poklepał po plecach, które wydały dziwny dźwięk „puk, puk”.

Pan był bardzo zadowolony i powiedział, że niedługo zostanę przeniesiony do Bestiarium, a potem spytał, czy chcę zobaczyć najbardziej niesamowitą rzecz na tym świecie. Skinąłem głową, bo jakoś nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Służący przynieśli wielką posrebrzaną taflę i rzeczywiście, nigdy nie widziałem tyle srebra naraz. W samym jej centrum namalowano ślimaka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz