poniedziałek, 2 grudnia 2013

Atoli (Jan)

Kiedy bogowie Atoli Madrigal budzą się


1.
Biegł bez utraty tchu przez kolejne mroczne korytarze świątyni. Wiedział, że to, co trzyma w ręce może uratować świat. I chociaż miał na sobie pełna zbroję, łuk, kołczan pełen strzał, dwa miecze i trzy sztylety, poruszał się bezszelestnie. Nawet gdyby biegł po metrowej warstwie suchych gałązek nikt, by go nie usłyszał. Był czarnym elfem, przez kilka stuleci ćwiczył się w sztuce walki, cichym chodzie po mieście, wsi i innych lasach. I chociaż w Zanzibarze, jego ojczyźnie zdrada, oszustwo, podłe zachowanie i złe maniery przy stole są na porządku dziennym, to jednak on wiedział, że nie chce i nie może taki być. W jego sercu zawsze czaiło się to uczucie, chęci bycia dobrym. Dlatego już od ponad dwustu lat błąkał się po świecie, wygnany, niesłusznie oczywiście ze swojej ojczyzny. A teraz mógł pokazać, że to wszystko to nie był pic na wodę, fotomontaż. Teraz naprawdę mógł zrobić coś dobrego.
     Falflinie, jego towarzyszce, albinosce o przenikliwych czerwonych oczach, zawsze imponowały jego zdolności. Uwielbiała patrzeć na jego kocie, subtelne i delikatnie zwiewne ruchy. Ona jednak nie była o wiele gorsza. Córka żywiołaka wiatru i zwykłego śmiertelnika, umiała jak nikt posługiwać się wielką maczugą.

     2.
     Teraz jednak uwielbienie siebie i swojego towarzysza(-ki) nic by nie dało, ponieważ w ich rękach ważyły się losy Atoli Madrigal.
     Kolejny korytarz wyglądał jak każdy inny, poprzedni. Arlekin (a tak się nazywał nas czarny elf) jednak zatrzymał się i zaczął uważnie osłuchiwać ściany.
     - Czujesz coś? – spytała Falflina.
     - Ktoś się zbliża. – odpowiedział, wyciągając przy tym bezszelestnie jak zwykle dwa miecze. Miecze, które zostały wykute specjalnie dla niego z metalu pochodzącego z meteorytu. Miecze, które niejednokrotnie zasmakowały krwi niecnych i złych potworów, które odważyły się stanąć na drodze czarnego elfa.

     3.
     Falflina dopiero po chwili także usłyszała jakiś szmer, który po chwili zmienił się w wyraźne kroki. Nagle z ciemność, na drugim końcu korytarza pojawiło się... Czterech straszliwych, okrutnych, ale za to bezdennie głupich orków i z niewątpliwie równie straszliwym i okrutnym okrzykiem rzucili się na Arlekina i Falflinę. Wielkie topory będące w ich posiadaniu zatrwożyłyby na pewno niejednego człowieka. To jednak nie było wystarczająco straszliwe i okrutne dla Arlekina i Falfliny, którzy spokojnie czekali, aż orkowie do nich dobiegną.
     Pierwszy z czterech potworów zanim zdążył zauważyć miecze czarnego elfa leżał już na ziemi, trzymając się za gardło i brocząc swą ciemną krwią. Drugi wytrzymał tylko chwilę dłużej, kiedy to maczuga Falfliny trafi go prosto w nos. Tryskająca krew szybko pokrywa jedną ze ścian korytarza.
     Dwaj pozostali orkowie wykazując się niezwykła inteligencją, nie zaatakowali od razu. Arlekin zaatakował wymierzając szybki cios mieczem w podbrzusze jednego. Ten jednak gładko sparował i wyprowadził cios prosto w stronę głowy elfa. Arlekin jednak lekko się schylając uniknął dekapitacji. Topór przeraźliwie zazgrzytał na ścianie. Następny cios elfa także nie dotarł do ciała orka, ponieważ ten widząc nadciągającą śmierć zdążył odbić cios Arlekina. To jednak nie pomogło mu za bardzo, ponieważ zapomniał, że jego przeciwnik miał dwa miecze. Odbijając jeden, nie zauważył jak drugi gładko zatapia się w miękkie podbrzusze. Po chwili stękając padł na ziemię zasilając tym samym i tak już spore ilości krwi na podłodze.
     Walka Falfliny z ostatnim orkiem także nie zatrzymała się na jednym ciosie. Albinoska musiała kilkakrotnie unikać potężnych machnięć topora, co jednak nie przeszkodziło się w zadaniu dwóch uderzeń w kolana orka, który z popękanymi doszczętnie kośćmi, musiał upaść. To był jego koniec, olbrzymia maczuga, niczym grom z pochmurnego nieba spadła na jego klatkę piersiową. Wielkie cielsko orka zwaliło się na ziemię, by po krótkim momencie zastygnąć w bezruchu.
     Biegli dalej. Korytarze były coraz ciemniejsze a zło, które czaiło się w każdym zakamarku świątyni, powoli zaczynało się materializować. Mogło się wydawać, że zastępowało powietrze. Przy każdym oddechu w płucach znajdowały się kolejne drobinki złowrogiego Zła.
    
     4.
Biegli i biegli a liczba orków uzupełniających krew, która zasychała na podłodze stale się powiększała. Wszystkie te walki pozostawiły jednak Arlekinowi i albinosce Falflinie kilka ran, z których powolutku, acz nieubłaganie sączyła się ta drogocenna ciecz – krew. Jednak czarny elf myślał tylko o tym, by jak najszybciej dostać się do głównej sali świątyni. I miał nadzieję, że nie będzie za późno.

     5.
     - Kiedy to się skończy, cały ten świat upadnie a na jego zgliszczach ja stworzę nowy świat. Lepszy świat. Świat, którego ja będę władcą. – pomyślał śmiejąc się wielki, zły mag, Abrakadabus, który w zaciszu wielgachnego, głównego pomieszczenia świątyni. To tutaj spędził ostatnie kilka lat w celu ziszczenia swojego niezwykle niecnego i straszliwego w skutkach masterplanu zniszczenia świata. Obudzenie bogów Atoli Madrigal uważał za swój najgenialniejszy pomysł, od czasu różdżki większego odwszawiania.
- Pozostały już tylko minuty do skończenia się tego świata i nikt mi nie przeszkodzi. – dopowiedział sobie w myślach wielki, zły mag Abrakadabus.

6.
- To te drzwi. – powiedział Arlekin, wskazując na zdumiewająco małe, jak na prowadzące do głównego pomieszczenia świątyni, drzwi.
- Tak to muszą być te drzwi. – odpowiedziała mu Falflina. – Spróbujmy otworzyć je razem.
Gdy natarli na drzwi otworzyły się one od razu. Było to tak zdumiewające dla elfa i albinoski, że o mało nie przewrócili się. Udało im się jednak jakoś utrzymać na nogach. To jednak spowodowało, że wielki, zły mag Abrakadabus usłyszał, że ktoś wszedł do jego sanktuarium.

7.
- O szubrawcy, czemu zakłócacie moje, tajemne przyzywanie bogów Atoli, które ma zniszczyć ten świat, żebym mógł stworzyć nowy, którym bym rządził. – wykrzyknął wielki i zły mag. – Nawet, jeśli chcecie mi w tym przeszkodzić, to nie uda się wam. Jedyna rzecz, jaka mogłaby w tym przeszkodzić to księga, która... – Tu zamilkł na chwilę.
– A ty czarny elfie, dziecko ciemnego zła, czemu chcesz mi przeszkodzić? Powinieneś być tu, u mego boku. W przyszłym świecie przyda mi się, ktoś taki jak ty.
- Tak jestem czarnym elfem, ale wyrzekłem się swej ciemnozłowrogiej natury już dawno, teraz walczę po stronie dobra.
- Dobra? – wybuchnął wielki i zły mag. – Nawet, jeśli to i tak nic nie zdziałasz, bo nie masz... – Tu zachwiał się na chwilę, ponieważ spojrzał, co przez ten cały czas trzymał Arlekin w ręce.

8.
- Nie, to nie możliwie. Nie możesz mieć księgi „Co robić jak jakiś wielki i zły mag, postanowi zniszczyć świat, by stworzyć nowy, by mógł nim rządzić”. – wykrzyknął doniośle a echo mu zawtórowało.
     - A jednak. I zamierzam jej użyć.
     W tym momencie Abrakadabus wystrzelił w kierunku Arlekina ognistą kulę i tylko wyuczona umiejętność niezwykle skutecznego uniku pozwoliła mu uniknąć śmierci w płomieniach. Na ten atak czarny elf mógł odpowiedzieć tylko jednym. Wyciągnął swój wystrugany z najtrwalszego i zarazem najbardziej giętkiego drzewa w Zanzibarze łuk, naciągnął strzałę. Zanim pierwsza osiągnęła swój cel, czyli wielkie i złego serce, wielkiego i złego maga, wypuścił kolejną i kolejną.
     Zanim Abrakadabus zdążył pomyśleć, że trzeba było pozostać przy ulepszaniu odwszawiania już nie żył.
     W tym momencie pierwsze belki ze stropu świątyni zaczęły spadać na podłogę wielgachnego, głównego pomieszczenia świątyni.

     9.
     - Szybko Falflino, musimy uratować świat.
     Arlekin szybko podbiegł do ciała Abrakadabusa, stając tym samym na środku wielgachnego pomieszczenia i otworzył księgę.

     10.
     Te kilka sekund, wydawały się dla Arlekina wiecznością. Gdy otworzył książkę, myślał, że za chwilę będzie po wszystkim, że wreszcie udowodni, że czarne elfy też mogą być dobre. To jednak nie miało nastąpić...
     - Do stu tysięcy sztyletów wbitych w mą pierś. – wykrzyknął Arlekin. – Wziąłem nie tą księgę!
    
     11.

     Nagle świątynia zatrzęsła się w posadach i jedyne, co dało się słyszeć to potężne ziewnięcie. Bogowie Atoli Madrigal właśnie się obudzili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz