poniedziałek, 2 grudnia 2013

opowiadanie grozy (Jan)

Frankensztajn “Przygody pana Podgniotka i jego psa”


                Kiedy budzisz się w ciemnym pokoju a obok siebie słyszysz tylko lekki szmer czyjegoś oddechu, zaczynasz się zastanawiać, ile wczoraj wypiłeś. Kiedy uświadomisz sobie, że były to znaczne ilości, zaczynasz przeszukiwać pamięć, kto tym razem zmusił cię do picia i czy przypadkiem, nie można by było w przyszłości pożyczyć od niego jakichś pieniędzy...
                 Tak właśnie czuł i myślał w tej chwili pan Podgniotek. Na szczęście okazało się, że obudził się w swoim własnym łóżku a oddech, który wcześniej słyszał należał do jego psa Ximineza (wszyscy wciąż zastanawiają się, skąd wziął takie głupie imię).
                Zatrwożywszy się po spojrzeniu na zegarek, który wskazywał drugą po południu pan Podgniotek uznał, że co najmniej jeszcze pięciogodzinny sen dobrze mu zrobi. Jak postanowił, tak też uczynił.
Jednak z powodu stale rosnącego pragnienia nie było mu to dane. Wielce więc niezadowolony, że jest zmuszony wypić, jak zawsze przygotowaną na stoliku nocnym setkę, wychynął zawartość szklanki. Różne rzeczy można powiedzieć o panu Podgniotku, ale to jak jest przygotowany do doprowadzenia się do ładu po obudzeniu, zawsze u wszystkich budziło podziw. I nie chodzi tu tylko o setkę na stoliku, którą nalewał sobie przed snem (zwykle w stanie największej upojeniowej radości, nigdy nie rozlawszy przy tym ani kropelki), ale też chowanie wszelkich rzeczy, o które nieopatrznie można się przewrócić, czy też brak dywanu, który w wypadku wywewnętrznienia się nań, jest zwykle niemożliwy do wyczyszczenia.
                Pobudzony już pierwszą setką uznał, że skoro dzień się już zaczął, nie ma sensu dalej spać a ponieważ bardzo kochał Ximineza sprawdził też, czy i on ma swoją setkę w strategicznym miejscu.
                Kiedy wchodził do łazienki usłyszał dochodzące z pokoju chłeptanie. Jak widać pies jako wierny towarzysz człowieka, też postanowił wstać i po opróżnieniu miski także zjawił się w łazience. Przywitał pana Podgniotka zwyczajowym „joł” i zaczął przeglądać się w lustrze. Upewniwszy się, że wszystkie części ciała ma na miejscu skierował swe kroki do kuchni. Wychodząc krzyknął tylko, że dzisiaj to on robi śniadanie.
                Pan Podgniotek wzruszył tylko ramionami, ponieważ w tej chwili upewniał się czy nadal ma swoje cztery zęby. Kiedy okazało się, że cztery siekacze są na swoim miejscu, począł się zastanawiać, co też Ximinez zrobi na poranny posiłek.
                Po wejściu do kuchni zobaczył, że na stole już stały otwarte piwa i paczka Ekstra Mocnych. Niezwłocznie, jak każdy pan ze swoim psem przystąpili wspólnie do konsumpcji. Jako, że kultura zabrania odzywania się przy piwie podczas śniadaniu, dopiero po zapaleniu sobie Ximinez powiedział:
                - Skończyło się piwo.
                - Wiem, trzeba będzie pójść dzisiaj do sklepu, ale jakby co zawsze jest zapas w górnej szafce.
                - Nic w niej już nie ma. Nie pamiętasz niż z wczorajszej nocy?
                Pan Podgniotek tylko pokręcił głową.
                - A więc nie dość, że nie ma nic w górnej szafce, to jeszcze poszedł też zapas z łazienki.
                - Z łazienki? – pan Podgniotek był wyraźnie zdumiony. – Nie uzupełniałem tego zapasu od miesiąca. Musiało być całkiem nieźle wczoraj. Tak czy inaczej zostaje zawsze skrzynka pod łóżkiem.
                - Jaka skrzynka? Przecież korzystamy z niej w celach poranno-obudzeniowych a wczoraj poszła ostatnia butelka. – powiedział Ximinez patrząc z lekkim zdziwieniem i politowaniem na swojego pana, który po tych słowach lekko skamieniał.
                Tylko dzięki alkoholowi i nikotynie pan Podgniotek stłumił w sobie napad strachu. Brak jakichkolwiek procentów w domu nie zdarzył się jeszcze nigdy, teraz więc, podtrzymywała go tylko myśl o sklepie.
                - Ximinezie, nie masz przypadkiem ochoty na spacer?

                Po wypaleniu do końca paczki Ekstra Mocnych i krótkich, jednogodzinnych przygotowaniach pan Podgniotek i pies byli gotowi na spotkanie z rzeczywistością, poza ich mieszkaniem.
                - Dwie paczki fajek. Dwa piwa na drogę. Zestaw noży i młotek do obrony. Jakieś pieniądze. Chyba wziąłem wszystko. Aha, Ximinezie, chcesz smycz?
                - Nie, dziękuję. Pałęta mi się zawsze pod nogami. Nie wiem jak inne psy mogą z nią chodzić. – odparł pies. – Może zafuglimy jeszcze jednego przed wyjściem?
                - Tak, to dobry pomysł. Proszę. – rzekł pan Podgniotek podając Ximinezowi papierosa.
                Po kilku minutach i skończonym papierosie wreszcie otworzyli drzwi od mieszkania i wyszli na korytarz. Jako, że z windy korzystali tylko samobójcy (ponieważ była nawet bardziej pewna niż skok z dachu tego dwudziestopiętrowego budynku) skierowali się ku schodom. Mieli do zejścia jedyne dziewiętnaście pięter.
                W okolicach piętnastego postanowili zrobić sobie krótką przerwę. Z jednej strony, z powodu lekkiego już zmęczenia a z drugiej z powodu pewnej ciekawostki biologicznej, której chcieli się przyjrzeć. Na korytarzu bowiem zobaczyli znajomą (ale tylko z widzenia), zastygłą w jednej pozycji sąsiadkę, która jako, że jakby podpierała głowę ręką, wydawało się, że myśli a dodać trzeba, że była blondynką.
                Kiedy krótka debata na schodach nic nie dała, Ximinez, postanowił bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Po kilku chwilach wrócił szczęśliwy, oznajmiając swojemu panu, że zna wytłumaczenie dla tej wydawałoby się niemożliwej niemożliwości. Okazało się, że sąsiadka prawdopodobnie obcinając paznokcie, nieopatrznie wbiła sobie nożyczki w oko. I teraz czekała, aż jej mózg zarejestruje to wydarzenie i coś zacznie ją boleć.
                Zadowoleni z rozwiązania zagadki zaczęli schodzić dalej. Kolejne siedem pięter minęło im na dyskusjach o niebycie umysłu i być może doszliby do jakichś znaczących wniosków gdyby nie wrzask innej sąsiadki.
                - A pan na msze idzie? – krzyknęła do pan Podgniotka, który stał od niej całe 30 centymetrów.  A była to z serii tych sąsiadek, co to podczas wojny spuszcza się z samolotów na tyły wroga i właściwie ma się już wygraną w ręku. Ximinez często marzył o zagryzieniu takiej, ale zawsze się powstrzymywał. Wiedział bowiem, ze takie próchna są niezniszczalne i przetrwają wszystko i wszystkich.
                - Nie. Tylko na spacer z psem i do sklepu. – odpowiedział jak najmilej umiał pan Podgniotek. – I bardzo się śpieszę.
- Nie idzie pan na mszę z papieżem? – spojrzała na niego zdziwiona sąsiadka i od razu zaczęła sobie chyba wyobrażać pana Podgniotka jako Antychrysta a jego psa co najmniej za jakiegoś cerbera. – Ale wiem pan, że nie ma, po co iść do sklepu? Papież przyjechał i wszystko jest pozamykane.
Zgroza i strach, jakie chwyciły w tej chwili pana Podgniotka, można było porównań tylko z dwoma momentami w jego życiu. Jednym, kiedy to dowiedział się, że podczas picia alkoholu zabija neurony. A trzeba wiedzieć, że pan Podgniotek jako wielbiciel wszystkich zwierząt, nie mógł sobie wybaczyć, że zabija jakieś żyjątka. Szczególnie, że nic o nich nie wiedział. Na jego szczęście Ximinez był na posterunku i wszystko mu spokojnie wytłumaczył. W drugim momencie, to pies był głównych bohaterem, ponieważ, któregoś dnia oznajmił swojemu panu, że kończy z piciem. Dopiero po kilku chwilach udało mu się docucić pana Podgniotka, który na tę wieść padł zemdlony. Potem jeszcze przez długi czas był obrażony na psa i nie mógł mu wybaczyć tego żartu.
                Nawet jednak połączone te dwa zdarzenia, nie niosłyby takiego ładunku strachu i grozy, jakie dopadły pana i jego psa. Jeden i drugi musieli aż usiąść z wrażenia.
                - Musimy coś wymyślić, wiesz przecież, że jeśli się nie napijemy w ciągu następnych kilku godzin, stężenie alkoholu w naszej krwi spadnie do 1,5%. Zaczną się duszności, bóle serca i głowy, potem wymioty. Nie chcę nawet myśleć co będzie przy 1%. – pierwszy doszedł do siebie i powiedział Ximinez.
                - Spokojnie. Może od kogoś pożyczymy albo kupimy?
                - Od kogo? Przyjechał papież, wszyscy porobili sobie zapasy i prędzej zginą niż coś pożyczą.
                - W ostateczności możemy... – tu pan Podgniotek nie skończył i znacząco poklepał się po kieszeni, gdzie miał młotek i zestaw noży.
                - Nie, nie posuniemy się do żadnego barbarzyństwa, nie możemy zachowywać się jak zwierzęta. Musi być jakieś inne wyjście.
                - Nie wiem, naprawdę, nie wiem co zrobić. Tak czy inaczej musimy wyjść z bloku, może wtedy coś wymyślimy.
                Pies spojrzał na niego z pewnym niedowierzaniem, ale odparł. – A więc chodźmy, ale musimy się śpieszyć, bo nawet papierosy zaczynają się kończyć.
                Jak postanowili, tak też uczynili i w tempie bardziej niż ekspresowym zaczęli posuwać się w dół klatki schodowej. Nieszczęścia jednak chodzą parami, bowiem na szóstym piętrze przytępione brakiem alkoholu zmysły psa i jego pana, nie zauważyły cienia, który czaił się w ciemności. Cienia, który nagle wyskoczył, kiedy to pan Podgniotek go mijał, i podstawił nogę, niczemu nie spodziewającemu się mężczyźnie.
                Przeleciawszy kilka schodów, podcięty pan Podgniotek zatrzymał się dopiero na korytarzowym kaloryferze. Wierny pies od razu znalazł się przy boku swojego pana.
                - Ha, ha. Jestem wampirem i zaraz wypiję twoją krew.
                - Co, kulwa? – spytał machinalnie pan Podgniotek, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że nie ładnie jest przeklinać a poza tym, że może mu brakować, któregoś z ukochanych siekaczy.
                - To, co powiedziałem. Zaraz zginiesz marny człowieku a ja nasycę się twoją krwią. – odpowiedział ubrany w brudnoczarny płaszcz, niski, chorobliwie blady i chudy osobnik.
                - Pan chyba raczy, żartować. Nauka już dawno udowodniła, że wampiry nie istnieją. A sam mit powstał z powodu choroby zwanej porfirią, która powoduje u chorego bladość, światłowstręt i pomniejszenie dziąseł, przez co wydają się one dłuższe. – zripostował Ximinez.
                Wampir jednak nie przejął się tym, że nauka uznała, że nie istnieje i skoczył ku gardłu pana Podgniotka. A zrobił to tak szybko, że ani pies ani pan nie zdążyli zareagować a on zaczął już wysysać życiodajny płyn.
                Ximinez po raz drugi nie zdążył zareagować, kiedy to wampir raptownie odskoczył od pana Podgniotka i zaczął się krztusić.
                - Alkohol! Największa trucizna dla wampira i to w takim stężeniu... Nie mógłbym spodziewać się czegoś takiego, nawet po hiszpańskiej inkwizycji. – wyjęczawszy te dziwne słowa wampir padł martwy.
                To nie był jednak, jeszcze koniec niespodzianek tego dnia dla pana Podgniotka i Ximineza. W tym momencie bowiem pojawiło właściwie znikąd (czyli z dolnych pięter) kilku mężczyzn w sutannach.
                - Bo nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. Naszą główną bronią jest zaskoczenie i strach... Naszymi dwoma głównymi broniami są zaskoczenie, strach i bezwzględność... Naszymi trzema głównymi broniami są zaskoczenie, strach, bezwzględności i wręcz fanatyczne oddanie papieżowi... Naszymi czterema głównymi broniami są... Może wejdziemy jeszcze raz? – tak zakończył perorowanie przerywane westchnieniami, ubrany w krwawoczerwoną sutannę kardynał.
                - Nie, chyba już za późno. Zresztą niech pan zobaczy sir, ten wampir już nie żyje... – odpowiedział mu jeden z jego trzech przybocznych.
                - Ech, trudno. A więc to wy go zabiliście? I pewnie myślicie, że należy się wam jakaś nagroda? Na Najświętszy Krzyż, wzywają cię do nagłego wypadku i co się okazuje? Że ktoś już sprawę rozwiązał. Nie ma już teraz, takich dobrych ataków ciemności na papieży jak kiedyś. – rozmarzył się kardynał. – No dobrze, czego chcecie?
                Całą tę scenę pan Podgniotek i Ximinez oglądali z niekłamanym zdumieniem, ale to pies jak można było się domyślić, po raz kolejny wykazał się refleksem i rozsądkiem.
                - Macie może jakiś alkohol? Wino mszalne?
                - Alkohol? Przecież to wróg człowieka a pijaństwo to grzech. –zagrzmiał kardynał, jednak po chwili się zmiarkował i westchnął. – Ale dobrze, należy się wam, zresztą każdemu wolno czasami popić. Chodźcie z nami. A swoją drogą to powinni nas wzywać, kiedy nasz tekst pasuje do sytuacji a tu nie pasował. Przecież wampir powiedział: Nie mógłbym się tego spodziewać i tak dalej. Nasz tekst do tego nie pasuje... Ech. Chyba się starzeję. – znowu westchnął.
                Pan Podgniotek szczęśliwy, że problem się rozwiązał, wstał i otarłszy krew z twarzy, powiedział. - Ximinez, idziemy. Mówiłem, że się jakoś uda.
                - Ximinez? Ależ kardynale ten pies nazywa się jak...
                - Zamilcz, młokosie. Idziemy. – odparł szybko, ubrany w krwawoczerwoną sutannę sługa boży.

                Kiedy to powiedział, w budynku rozległ się krzyk, jak gdyby, ktoś wbił sobie, coś w oko, ale akurat tym, nikt się nie przejął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz