Frankensztajn “Przygody pana Podgniotka i jego psa”
Kiedy budzisz się w ciemnym pokoju a obok siebie
słyszysz tylko lekki szmer czyjegoś oddechu, zaczynasz się zastanawiać, ile wczoraj
wypiłeś. Kiedy uświadomisz sobie, że były to znaczne ilości, zaczynasz
przeszukiwać pamięć, kto tym razem zmusił cię do picia i czy przypadkiem, nie
można by było w przyszłości pożyczyć od niego jakichś pieniędzy...
Tak właśnie
czuł i myślał w tej chwili pan Podgniotek. Na szczęście okazało się, że obudził
się w swoim własnym łóżku a oddech, który wcześniej słyszał należał do jego psa
Ximineza (wszyscy wciąż zastanawiają się, skąd wziął takie głupie imię).
Zatrwożywszy się po spojrzeniu na zegarek, który
wskazywał drugą po południu pan Podgniotek uznał, że co najmniej jeszcze
pięciogodzinny sen dobrze mu zrobi. Jak postanowił, tak też uczynił.
Jednak z powodu stale
rosnącego pragnienia nie było mu to dane. Wielce więc niezadowolony, że jest
zmuszony wypić, jak zawsze przygotowaną na stoliku nocnym setkę, wychynął
zawartość szklanki. Różne rzeczy można powiedzieć o panu Podgniotku, ale to jak
jest przygotowany do doprowadzenia się do ładu po obudzeniu, zawsze u
wszystkich budziło podziw. I nie chodzi tu tylko o setkę na stoliku, którą
nalewał sobie przed snem (zwykle w stanie największej upojeniowej radości,
nigdy nie rozlawszy przy tym ani kropelki), ale też chowanie wszelkich rzeczy,
o które nieopatrznie można się przewrócić, czy też brak dywanu, który w wypadku
wywewnętrznienia się nań, jest zwykle niemożliwy do wyczyszczenia.
Pobudzony już pierwszą setką uznał, że skoro dzień
się już zaczął, nie ma sensu dalej spać a ponieważ bardzo kochał Ximineza
sprawdził też, czy i on ma swoją setkę w strategicznym miejscu.
Kiedy wchodził do łazienki usłyszał dochodzące z
pokoju chłeptanie. Jak widać pies jako wierny towarzysz człowieka, też
postanowił wstać i po opróżnieniu miski także zjawił się w łazience. Przywitał
pana Podgniotka zwyczajowym „joł” i zaczął przeglądać się w lustrze. Upewniwszy
się, że wszystkie części ciała ma na miejscu skierował swe kroki do kuchni.
Wychodząc krzyknął tylko, że dzisiaj to on robi śniadanie.
Pan Podgniotek wzruszył tylko ramionami, ponieważ w
tej chwili upewniał się czy nadal ma swoje cztery zęby. Kiedy okazało się, że
cztery siekacze są na swoim miejscu, począł się zastanawiać, co też Ximinez
zrobi na poranny posiłek.
Po wejściu do kuchni zobaczył, że na stole już stały
otwarte piwa i paczka Ekstra Mocnych. Niezwłocznie, jak każdy pan ze swoim psem
przystąpili wspólnie do konsumpcji. Jako, że kultura zabrania odzywania się
przy piwie podczas śniadaniu, dopiero po zapaleniu sobie Ximinez powiedział:
- Skończyło się piwo.
- Wiem, trzeba będzie pójść dzisiaj do sklepu, ale
jakby co zawsze jest zapas w górnej szafce.
- Nic w niej już nie ma. Nie pamiętasz niż z
wczorajszej nocy?
Pan Podgniotek tylko pokręcił głową.
- A więc nie dość, że nie ma nic w górnej szafce, to
jeszcze poszedł też zapas z łazienki.
- Z łazienki? – pan Podgniotek był wyraźnie zdumiony.
– Nie uzupełniałem tego zapasu od miesiąca. Musiało być całkiem nieźle wczoraj.
Tak czy inaczej zostaje zawsze skrzynka pod łóżkiem.
- Jaka skrzynka? Przecież korzystamy z niej w celach
poranno-obudzeniowych a wczoraj poszła ostatnia butelka. – powiedział Ximinez
patrząc z lekkim zdziwieniem i politowaniem na swojego pana, który po tych
słowach lekko skamieniał.
Tylko dzięki alkoholowi i nikotynie pan Podgniotek
stłumił w sobie napad strachu. Brak jakichkolwiek procentów w domu nie zdarzył
się jeszcze nigdy, teraz więc, podtrzymywała go tylko myśl o sklepie.
- Ximinezie, nie masz przypadkiem ochoty na spacer?
Po wypaleniu do końca paczki Ekstra Mocnych i
krótkich, jednogodzinnych przygotowaniach pan Podgniotek i pies byli gotowi na
spotkanie z rzeczywistością, poza ich mieszkaniem.
- Dwie paczki fajek. Dwa piwa na drogę. Zestaw noży i
młotek do obrony. Jakieś pieniądze. Chyba wziąłem wszystko. Aha, Ximinezie,
chcesz smycz?
- Nie, dziękuję. Pałęta mi się zawsze pod nogami. Nie
wiem jak inne psy mogą z nią chodzić. – odparł pies. – Może zafuglimy jeszcze
jednego przed wyjściem?
- Tak, to dobry pomysł. Proszę. – rzekł pan
Podgniotek podając Ximinezowi papierosa.
Po kilku minutach i skończonym papierosie wreszcie
otworzyli drzwi od mieszkania i wyszli na korytarz. Jako, że z windy korzystali
tylko samobójcy (ponieważ była nawet bardziej pewna niż skok z dachu tego
dwudziestopiętrowego budynku) skierowali się ku schodom. Mieli do zejścia
jedyne dziewiętnaście pięter.
W okolicach piętnastego postanowili zrobić sobie
krótką przerwę. Z jednej strony, z powodu lekkiego już zmęczenia a z drugiej z
powodu pewnej ciekawostki biologicznej, której chcieli się przyjrzeć. Na
korytarzu bowiem zobaczyli znajomą (ale tylko z widzenia), zastygłą w jednej
pozycji sąsiadkę, która jako, że jakby podpierała głowę ręką, wydawało się, że
myśli a dodać trzeba, że była blondynką.
Kiedy krótka debata na schodach nic nie dała,
Ximinez, postanowił bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Po kilku chwilach
wrócił szczęśliwy, oznajmiając swojemu panu, że zna wytłumaczenie dla tej
wydawałoby się niemożliwej niemożliwości. Okazało się, że sąsiadka
prawdopodobnie obcinając paznokcie, nieopatrznie wbiła sobie nożyczki w oko. I
teraz czekała, aż jej mózg zarejestruje to wydarzenie i coś zacznie ją boleć.
Zadowoleni z rozwiązania zagadki zaczęli schodzić
dalej. Kolejne siedem pięter minęło im na dyskusjach o niebycie umysłu i być
może doszliby do jakichś znaczących wniosków gdyby nie wrzask innej sąsiadki.
- A pan na msze idzie? – krzyknęła do pan Podgniotka,
który stał od niej całe 30 centymetrów.
A była to z serii tych sąsiadek, co to podczas wojny spuszcza się z
samolotów na tyły wroga i właściwie ma się już wygraną w ręku. Ximinez często
marzył o zagryzieniu takiej, ale zawsze się powstrzymywał. Wiedział bowiem, ze
takie próchna są niezniszczalne i przetrwają wszystko i wszystkich.
- Nie. Tylko na spacer z psem i do sklepu. –
odpowiedział jak najmilej umiał pan Podgniotek. – I bardzo się śpieszę.
- Nie idzie pan na mszę z
papieżem? – spojrzała na niego zdziwiona sąsiadka i od razu zaczęła sobie chyba
wyobrażać pana Podgniotka jako Antychrysta a jego psa co najmniej za jakiegoś
cerbera. – Ale wiem pan, że nie ma, po co iść do sklepu? Papież przyjechał i
wszystko jest pozamykane.
Zgroza i strach, jakie
chwyciły w tej chwili pana Podgniotka, można było porównań tylko z dwoma
momentami w jego życiu. Jednym, kiedy to dowiedział się, że podczas picia
alkoholu zabija neurony. A trzeba wiedzieć, że pan Podgniotek jako wielbiciel
wszystkich zwierząt, nie mógł sobie wybaczyć, że zabija jakieś żyjątka.
Szczególnie, że nic o nich nie wiedział. Na jego szczęście Ximinez był na
posterunku i wszystko mu spokojnie wytłumaczył. W drugim momencie, to pies był
głównych bohaterem, ponieważ, któregoś dnia oznajmił swojemu panu, że kończy z
piciem. Dopiero po kilku chwilach udało mu się docucić pana Podgniotka, który
na tę wieść padł zemdlony. Potem jeszcze przez długi czas był obrażony na psa i
nie mógł mu wybaczyć tego żartu.
Nawet jednak połączone te dwa zdarzenia, nie niosłyby
takiego ładunku strachu i grozy, jakie dopadły pana i jego psa. Jeden i drugi
musieli aż usiąść z wrażenia.
- Musimy coś wymyślić, wiesz przecież, że jeśli się
nie napijemy w ciągu następnych kilku godzin, stężenie alkoholu w naszej krwi
spadnie do 1,5%. Zaczną się duszności, bóle serca i głowy, potem wymioty. Nie
chcę nawet myśleć co będzie przy 1%. – pierwszy doszedł do siebie i powiedział
Ximinez.
- Spokojnie. Może od kogoś pożyczymy albo kupimy?
- Od kogo? Przyjechał papież, wszyscy porobili sobie
zapasy i prędzej zginą niż coś pożyczą.
- W ostateczności możemy... – tu pan Podgniotek nie
skończył i znacząco poklepał się po kieszeni, gdzie miał młotek i zestaw noży.
- Nie, nie posuniemy się do żadnego barbarzyństwa,
nie możemy zachowywać się jak zwierzęta. Musi być jakieś inne wyjście.
- Nie wiem, naprawdę, nie wiem co zrobić. Tak czy
inaczej musimy wyjść z bloku, może wtedy coś wymyślimy.
Pies spojrzał na niego z pewnym niedowierzaniem, ale
odparł. – A więc chodźmy, ale musimy się śpieszyć, bo nawet papierosy zaczynają
się kończyć.
Jak postanowili, tak też uczynili i w tempie bardziej
niż ekspresowym zaczęli posuwać się w dół klatki schodowej. Nieszczęścia jednak
chodzą parami, bowiem na szóstym piętrze przytępione brakiem alkoholu zmysły
psa i jego pana, nie zauważyły cienia, który czaił się w ciemności. Cienia,
który nagle wyskoczył, kiedy to pan Podgniotek go mijał, i podstawił nogę,
niczemu nie spodziewającemu się mężczyźnie.
Przeleciawszy kilka schodów, podcięty pan Podgniotek
zatrzymał się dopiero na korytarzowym kaloryferze. Wierny pies od razu znalazł
się przy boku swojego pana.
- Ha, ha. Jestem wampirem i zaraz wypiję twoją krew.
- Co, kulwa? – spytał machinalnie pan Podgniotek,
dopiero po chwili uświadamiając sobie, że nie ładnie jest przeklinać a poza
tym, że może mu brakować, któregoś z ukochanych siekaczy.
- To, co powiedziałem. Zaraz zginiesz marny człowieku
a ja nasycę się twoją krwią. – odpowiedział ubrany w brudnoczarny płaszcz,
niski, chorobliwie blady i chudy osobnik.
- Pan chyba raczy, żartować. Nauka już dawno
udowodniła, że wampiry nie istnieją. A sam mit powstał z powodu choroby zwanej
porfirią, która powoduje u chorego bladość, światłowstręt i pomniejszenie
dziąseł, przez co wydają się one dłuższe. – zripostował Ximinez.
Wampir jednak nie przejął się tym, że nauka uznała,
że nie istnieje i skoczył ku gardłu pana Podgniotka. A zrobił to tak szybko, że
ani pies ani pan nie zdążyli zareagować a on zaczął już wysysać życiodajny
płyn.
Ximinez po raz drugi nie zdążył zareagować, kiedy to
wampir raptownie odskoczył od pana Podgniotka i zaczął się krztusić.
- Alkohol! Największa trucizna dla wampira i to w
takim stężeniu... Nie mógłbym spodziewać się czegoś takiego, nawet po
hiszpańskiej inkwizycji. – wyjęczawszy te dziwne słowa wampir padł martwy.
To nie był jednak, jeszcze koniec niespodzianek tego
dnia dla pana Podgniotka i Ximineza. W tym momencie bowiem pojawiło właściwie
znikąd (czyli z dolnych pięter) kilku mężczyzn w sutannach.
- Bo nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji.
Naszą główną bronią jest zaskoczenie i strach... Naszymi dwoma głównymi
broniami są zaskoczenie, strach i bezwzględność... Naszymi trzema głównymi
broniami są zaskoczenie, strach, bezwzględności i wręcz fanatyczne oddanie
papieżowi... Naszymi czterema głównymi broniami są... Może wejdziemy jeszcze
raz? – tak zakończył perorowanie przerywane westchnieniami, ubrany w
krwawoczerwoną sutannę kardynał.
- Nie, chyba już za późno. Zresztą niech pan zobaczy
sir, ten wampir już nie żyje... – odpowiedział mu jeden z jego trzech
przybocznych.
- Ech, trudno. A więc to wy go zabiliście? I pewnie
myślicie, że należy się wam jakaś nagroda? Na Najświętszy Krzyż, wzywają cię do
nagłego wypadku i co się okazuje? Że ktoś już sprawę rozwiązał. Nie ma już
teraz, takich dobrych ataków ciemności na papieży jak kiedyś. – rozmarzył się
kardynał. – No dobrze, czego chcecie?
Całą tę scenę pan Podgniotek i Ximinez oglądali z
niekłamanym zdumieniem, ale to pies jak można było się domyślić, po raz kolejny
wykazał się refleksem i rozsądkiem.
- Macie może jakiś alkohol? Wino mszalne?
- Alkohol? Przecież to wróg człowieka a pijaństwo to
grzech. –zagrzmiał kardynał, jednak po chwili się zmiarkował i westchnął. – Ale
dobrze, należy się wam, zresztą każdemu wolno czasami popić. Chodźcie z nami. A
swoją drogą to powinni nas wzywać, kiedy nasz tekst pasuje do sytuacji a tu nie
pasował. Przecież wampir powiedział: Nie mógłbym się tego spodziewać i tak dalej.
Nasz tekst do tego nie pasuje... Ech. Chyba się starzeję. – znowu westchnął.
Pan Podgniotek szczęśliwy, że problem się rozwiązał,
wstał i otarłszy krew z twarzy, powiedział. - Ximinez, idziemy. Mówiłem, że się
jakoś uda.
- Ximinez? Ależ kardynale ten pies nazywa się jak...
- Zamilcz, młokosie. Idziemy. – odparł szybko, ubrany
w krwawoczerwoną sutannę sługa boży.
Kiedy to powiedział, w budynku rozległ się krzyk, jak
gdyby, ktoś wbił sobie, coś w oko, ale akurat tym, nikt się nie przejął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz