poniedziałek, 2 grudnia 2013

Atoli (Lyra)

1. ... Świat przerażający jest tym bardziej. Od tego zaczęliśmy. Mantra powtarzana co dnia, dla pamięci, dla zabicia ciszy, dla siebie nawzajem: bo gdy tobie brakowało słów, ja je wypowiadałem. Na odwrót też. Ostatnio rzadziej wychodzę na ulicę, na Zewnątrz (choć oboje wiemy, że to oczywiste kłamstwo: opuszczam schronienie prawdopodobnie równie często, co kiedyś, tylko teraz więcej myśli poświęcam własnej niechęci). Z uwagą przeskakuję z jednej płyty chodnikowej na drugą, żeby nie dotknąć pęknięć. Pewnie wyglądam jakbym tańczył, być może wyglądam na zadowolonego (to ten idiotyczny uśmiech, że po raz kolejny mi się udało), a potem wracam do domu i jest już nas więcej niż dwoje; anioły, strzygi i harpie tłoczą się w kuchni: dla oszczędności przestrzeni, pozdejmowały skrzydła, nasz kot mości sobie gniazdo w jednym z takich stosów. Tęczowe pióra zakrywają wyliniałe i tanie PCV. Mówiłam, żeby sobie poszły, ale nie chcą. Ja wiem i wcale nie mam do ciebie żalu; barykadujemy się w łazience: z paczką papierosów i dwoma czarnymi herbatami. Mówią, że zbliża się koniec świata, wzruszasz bezbronnie ramionami. Głaszczę cię po głowie i w końcu zasypiasz. Ja nie będę spać, by nie obudzić się po raz kolejny wśród tego huku, który towarzyszy powracającym myślom, ja będę czuwać, ja będę przytomny i jaskrawy. Patrzę na twoją półprzeźroczystą skórę i zastanawiam się jak długo jeszcze uda nam się ciebie ukrywać, czy odnajdą nas zanim zwariuję zupełnie? a może później?.... Prawą dłonią dotykam zimnych kafelków: zastanawiam się czy tobie może być zimno. Nie wiem: dla pewności podkładam ręcznik pod twoje stopy.

2. ... Właściwe barwy wpełzają we właściwe miejsca. Masz siną twarz i niebieskie powieki. Przez chwilę martwię się, chociaż to raczej cień lęku, a nie prawdziwy strach: teraz przecież już nic nie może ci się stać – w każdym bądź razie nie możesz zachorować. Uśmiechasz się przez sen i wstaję uspokojony, mimo że nie oddychasz. Wszystkie demony przeniosły się do pokoju, siadam więc na krześle w kuchni. Tyle razy o nas pisano, tyle razy o nas skłamano, wymyślono; tyle razy nie powiedziało się prawdy. Zaciskam powieki, odganiam natrętne głosy. Pukanie do drzwi. Przez chwilę zastygam w bezruchu, ale niemal od razu uświadamiam sobie, że oni by nie pukali. Wstaję powoli i staram się nie podeptać porozrzucanych skrzydeł. Uśmiecham się trochę głupio, on odpowiada tylko skinieniem głowy. W korytarzu zostawia sandały i kaduceusz. Nastawiam wodę na herbatę, częstuję go papierosem. Patrzymy bardzo długo na siebie. Ułożeniem brwi staram się przekazać mu wszystko to, czego nie zdołam powiedzieć. W końcu uśmiecha się ze zrozumieniem. I ja wiem, że nas szukają; że chcą ciebie z powrotem, że chcą mojego potępienia, że już są niedaleko – być może dwie ulice stąd – i sprawdzają każde mieszkanie, każdą piwnicę; sprawdzają nawet kanały i parki... Choć przecież wiedzą równie dobrzez jak ja, że boję się wychodzić na Zewnątrz i w parku z pewnością mnie nie znajdą. On dopija herbatę, fusy chowa do sakiewki (pewnie, żeby zatrzeć wszelkie ślady) i wychodzi. Nie może zostać dłużej, to zbyt niebezpieczne. Przez chwilę patrzę się tępo w ścianę: z zamyślenia wyrywają mnie twoje kroki. Jakoś tak po dziewczęcemu odgarniasz włosy z czoła. Patrzysz na mnie pełna tego, z czego powodu warto było zaryzykować wszystko. Tego, co sprawia, że tak bardzo boję się, iż ponownie cię stracę. A przecież drugi raz nie uda mi się oszukać bogów...

3. ... Na razie widać jednak miasto - czarną kość rozjaśnioną niekiedy światłami. Przytulam się do ciebie i ignoruję nieprzenikniony chłód twojej skóry. Chyba dopiero teraz zaczynasz rozumieć całość. Nie miało nam się udać, prawda? Kiwam głową, obolałą z bezsenności i lęku. Właśnie. Wszyscy założyli, że się nam nie powiedzie; przekazywali mit o naszej klęsce... Nikt nawet nie przypuszczał, że mi się jednak udało... Nieważne. Moje myśli kłębią się nieskładnie: zacinam się na pojedynczych wyrazach. Jeśli powtórzę je odpowiednio szybko, tracą swoje znaczenie. Semantyka umiera. Atoliatoliatoli... I wszystko traci sens. Chyba powiedziałem to głośno, patrzysz na mnie i uśmiechasz się oczami. Co „atoli?”.  Atoli mi się udało. Zaciskasz szczupłą dłoń na mojej pięści. Tak odmiennie wyobrażano sobie ciebie po tym wszystkim, a przcież nic się nie zmieniłaś. Nadal jesteś moja, ani przez chwilę o mnie nie zapomniałaś. Ani przez chwilę nie wątpiłaś, że przyjdę po ciebie.
Jeden z aniołów staje za naszymi plecami. Wyciera nos zabrudzonym rękawem i patrzy znacząco na nieruchome wskazówki zegara. I wiem, że są już na naszej ulicy i będą tu za mniej niż godzinę. Ty też o tym wiesz (w końcu jesteś pewnie na to nawet bardziej wyczulona, tak dużo czasu spędziłaś między nimi). Nie martw się, kochany. Przytulam cię jeszcze mocniej i nawet nie bardzo mi przeszkadza twój brak pulsu, czy oddechu.

4. ... Jestem zdrów i cały. Pojawia się znikąd, właściwie można się było tego spodziewać. Wygląda trochę ponuro, ale może to już mój wymysł. Nie wiem czego się bałem. Teraz wiem, że pozwoli nam pójść razem: w końcu jestem świadkiem, jestem dowodem, jestem szalony... Przesuwa nogą grubą warstwę puchu, który pokrył już wszystko dookoła. Któraś ze strzyg wysuwa się nieśmiało z pokoju i patrzy na niego z szacunkiem. Po raz kolejny tego dnia, wzruszasz ramionami. Żaden poeta nigdy nie opisał dostatecznie twego piękna... Nawet ja.
Pies merda ogonem na nasz widok. Schylasz się i głaszczesz każdą z jego trzech głów.
Wszyscy wychodzimy w ciszy z mieszkania. I wiem, że tym razem to ty, Eurydyko, nie będziesz mogła się odwrócić...


Pod wulkanem urodziło się dziecko!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz