1. ... Świat przerażający jest tym bardziej. Od
tego zaczęliśmy. Mantra powtarzana co dnia, dla pamięci, dla zabicia ciszy, dla
siebie nawzajem: bo gdy tobie brakowało słów, ja je wypowiadałem. Na odwrót
też. Ostatnio rzadziej wychodzę na ulicę, na Zewnątrz (choć oboje wiemy, że to
oczywiste kłamstwo: opuszczam schronienie prawdopodobnie równie często, co
kiedyś, tylko teraz więcej myśli poświęcam własnej niechęci). Z uwagą
przeskakuję z jednej płyty chodnikowej na drugą, żeby nie dotknąć pęknięć.
Pewnie wyglądam jakbym tańczył, być może wyglądam na zadowolonego (to ten
idiotyczny uśmiech, że po raz kolejny mi się udało), a potem wracam do domu i
jest już nas więcej niż dwoje; anioły, strzygi i harpie tłoczą się w kuchni:
dla oszczędności przestrzeni, pozdejmowały skrzydła, nasz kot mości sobie
gniazdo w jednym z takich stosów. Tęczowe pióra zakrywają wyliniałe i tanie
PCV. Mówiłam, żeby sobie poszły, ale nie
chcą. Ja wiem i wcale nie mam do ciebie żalu; barykadujemy się w łazience:
z paczką papierosów i dwoma czarnymi herbatami. Mówią, że zbliża się koniec świata, wzruszasz bezbronnie ramionami.
Głaszczę cię po głowie i w końcu zasypiasz. Ja nie będę spać, by nie obudzić
się po raz kolejny wśród tego huku, który towarzyszy powracającym myślom, ja
będę czuwać, ja będę przytomny i jaskrawy. Patrzę na twoją półprzeźroczystą
skórę i zastanawiam się jak długo jeszcze uda nam się ciebie ukrywać, czy
odnajdą nas zanim zwariuję zupełnie? a może później?.... Prawą dłonią dotykam
zimnych kafelków: zastanawiam się czy tobie może być zimno. Nie wiem: dla
pewności podkładam ręcznik pod twoje stopy.
2. ... Właściwe barwy wpełzają we właściwe miejsca.
Masz siną twarz i niebieskie powieki. Przez chwilę martwię się, chociaż to
raczej cień lęku, a nie prawdziwy strach: teraz przecież już nic nie może ci
się stać – w każdym bądź razie nie możesz zachorować. Uśmiechasz się przez sen
i wstaję uspokojony, mimo że nie oddychasz. Wszystkie demony przeniosły się do
pokoju, siadam więc na krześle w kuchni. Tyle razy o nas pisano, tyle razy o
nas skłamano, wymyślono; tyle razy nie powiedziało się prawdy. Zaciskam
powieki, odganiam natrętne głosy. Pukanie do drzwi. Przez chwilę zastygam w
bezruchu, ale niemal od razu uświadamiam sobie, że oni by nie pukali. Wstaję
powoli i staram się nie podeptać porozrzucanych skrzydeł. Uśmiecham się trochę
głupio, on odpowiada tylko skinieniem głowy. W korytarzu zostawia sandały i
kaduceusz. Nastawiam wodę na herbatę, częstuję go papierosem. Patrzymy bardzo
długo na siebie. Ułożeniem brwi staram się przekazać mu wszystko to, czego nie
zdołam powiedzieć. W końcu uśmiecha się ze zrozumieniem. I ja wiem, że nas
szukają; że chcą ciebie z powrotem, że chcą mojego potępienia, że już są
niedaleko – być może dwie ulice stąd – i sprawdzają każde mieszkanie, każdą
piwnicę; sprawdzają nawet kanały i parki... Choć przecież wiedzą równie dobrzez
jak ja, że boję się wychodzić na Zewnątrz i w parku z pewnością mnie nie
znajdą. On dopija herbatę, fusy chowa do sakiewki (pewnie, żeby zatrzeć
wszelkie ślady) i wychodzi. Nie może zostać dłużej, to zbyt niebezpieczne.
Przez chwilę patrzę się tępo w ścianę: z zamyślenia wyrywają mnie twoje kroki.
Jakoś tak po dziewczęcemu odgarniasz włosy z czoła. Patrzysz na mnie pełna
tego, z czego powodu warto było zaryzykować wszystko. Tego, co sprawia, że tak
bardzo boję się, iż ponownie cię stracę. A przecież drugi raz nie uda mi się
oszukać bogów...
3. ... Na razie widać jednak miasto - czarną kość
rozjaśnioną niekiedy światłami. Przytulam się do ciebie i ignoruję
nieprzenikniony chłód twojej skóry. Chyba dopiero teraz zaczynasz rozumieć
całość. Nie miało nam się udać, prawda? Kiwam
głową, obolałą z bezsenności i lęku. Właśnie. Wszyscy założyli, że się nam nie
powiedzie; przekazywali mit o naszej klęsce... Nikt nawet nie przypuszczał, że
mi się jednak udało... Nieważne. Moje myśli kłębią się nieskładnie: zacinam się
na pojedynczych wyrazach. Jeśli powtórzę je odpowiednio szybko, tracą swoje
znaczenie. Semantyka umiera. Atoliatoliatoli... I wszystko traci sens. Chyba
powiedziałem to głośno, patrzysz na mnie i uśmiechasz się oczami. Co „atoli?”. Atoli mi się udało. Zaciskasz szczupłą dłoń na
mojej pięści. Tak odmiennie wyobrażano sobie ciebie po tym wszystkim, a przcież
nic się nie zmieniłaś. Nadal jesteś moja, ani przez chwilę o mnie nie
zapomniałaś. Ani przez chwilę nie wątpiłaś, że przyjdę po ciebie.
Jeden z aniołów staje
za naszymi plecami. Wyciera nos zabrudzonym rękawem i patrzy znacząco na
nieruchome wskazówki zegara. I wiem, że są już na naszej ulicy i będą tu za
mniej niż godzinę. Ty też o tym wiesz (w końcu jesteś pewnie na to nawet
bardziej wyczulona, tak dużo czasu spędziłaś między nimi). Nie martw się, kochany. Przytulam cię jeszcze mocniej i nawet nie
bardzo mi przeszkadza twój brak pulsu, czy oddechu.
4. ... Jestem zdrów i cały. Pojawia się znikąd,
właściwie można się było tego spodziewać. Wygląda trochę ponuro, ale może to
już mój wymysł. Nie wiem czego się bałem. Teraz wiem, że pozwoli nam pójść
razem: w końcu jestem świadkiem, jestem dowodem, jestem szalony... Przesuwa
nogą grubą warstwę puchu, który pokrył już wszystko dookoła. Któraś ze strzyg
wysuwa się nieśmiało z pokoju i patrzy na niego z szacunkiem. Po raz kolejny
tego dnia, wzruszasz ramionami. Żaden poeta nigdy nie opisał dostatecznie twego
piękna... Nawet ja.
Pies merda ogonem na
nasz widok. Schylasz się i głaszczesz każdą z jego trzech głów.
Wszyscy wychodzimy w
ciszy z mieszkania. I wiem, że tym razem to ty, Eurydyko, nie będziesz mogła
się odwrócić...
Pod wulkanem urodziło się dziecko!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz