Nortona spotkałem
w jednym z bristolskich barów pozna jesienią około ośmiu lat temu. Miał na
sobie trzyrzędowy garnitur w ciemno-brązowa kratę a w ręku kieliszek koniaku. Długo
mierzył mnie wzrokiem nim wymówił moje nazwisko. Zdziwiłem się, gdyż nie znalem
nikogo w tamtych okolicach, a jedynym powodem mojej bytności w mieście była próba
załagodzenia ówczesnych romantycznych ekscesów. Okazało się, ze jako były współpracownik
mojego niedawno zmarłego ojca, Norton znal mnie ze zdjęć i opowieści. Fakt, ze
jego twarz była mi zupełnie obca zrzucić można na karb mej mało zażyłej relacji
z rodzicami. Do domu przyjeżdżałem raz do roku, na święta, a w zamian dostawałem
pokaźny czek, który wystarczał mi na prawie cały kolejny rok. Norton był człowiekiem
otwartym i przyjacielskim. Otaczała go dobra aura, dzięki której większość
ludzi czuła się w jego otoczeniu swobodnie i naturalnie. Polubiłem go bardzo
tego pierwszego wieczoru i z radością umówiłem się na kolejnego drinka w Paryżu,
gdzie jak się okazało, oboje często bywaliśmy. Potem nastąpiły kolejne śniadania
w Pekinie, kolacje w Moskwie i życie nocne w Dubaju. Byliśmy już dobrymi przyjaciółmi,
gdy niewielki spadek po ojcu zaczął się kończyć w nieubłaganie szybkim tempie.
Norton długo się wahał i zastanawiał nim zaproponował mi współpracę. Ja nie zastanawiałem
się nawet dwóch minut.
Praca była
prosta, wręcz banalna, a jednocześnie przynosiła spory dochód. Norton robił w
recyclingu. "Śmieci to dochodowy interes" powtarzał nie raz. Zajmowałem
się organizowaniem transportu produktów z miejsca skupu do miejsca obróbki. Te ostatnie
znajdowały się na końcach świata - w zapadłych górskich dolinach, na
pustyniach, w krajach lodu. Podobno tak było najtaniej. Nigdy nie uważałem się
za przemysłowca ani człowieka biznesu i przyznaje, ze nie bylem zbyt zainteresowany
wnikaniem w tajniki tego interesu. Miałem pieniądze i mój świat był światem
sukcesu.
Do punktu obróbki
ołowiu na Antarktydzie trafiłem trochę z przypadku. Zaręczyłem się i postanowiłem, ze Norton musi się o tym dowiedzieć
natychmiast. Zakochani ludzie podejmują wiele nierozważnych kroków. W porywie
serca przemierzyłem poł globu i bylem, co najmniej rozczarowany lodowatym
spojrzeniem zielonych oczu Nortona i prawie wcale nieukrywanym gniewem.
- To nie jest
twoje miejsce być tutaj. - rzucił cierpko - Jutro wracasz do domu.
Lecz następnego
poranka rozszalała się śnieżna burza. W ten sposób utknąłem w małym pokoju, który
dostałem na własny użytek, z tęsknotą w lędźwiach, z nienawiścią w sercu, z
wyciem wiatru za oknem i ze skrzynka rumu, która miała w moim mniemaniu na swój
sposób powiedzieć przepraszam za tak niegościnne przyjęcie.
Trzeciej nocy,
pijany jak szpadel, obudziłem w sobie demona i postanowiłem włamać się na teren
przetwórni. Moja przewodnia myślą było- gdzieś tam musza być inni ludzie,
pracownicy, z którymi będę mógł przynajmniej porozmawiać i przez chwile zapomnieć
o mojej sytuacji.
Uzbrojony w piersiówkę
i kuchenny nóż ruszyłem przed siebie. Droga wydawała mi się niezmiernie długa i
trudna i jak agent do zadań specjalnych wciąż musiałem pokonywać piętrzące się
przede mną przeszkody i pułapki.
Sam nie wiem jak długo brnąłem przez śnieżne zaspy i ile razy próbowałem pokonać
płot nim w końcu mi się to udało. W pewnym momencie, gdy księżyc przedarł się
na chwile przez chmury, ujrzałem w oddali rozmazane, pokraczne figury. Z
okrzykiem pijackiego tryumfu rzuciłem się do przodu. To był kolejny krok z
tych, których lepiej było nie podejmować.
*
Obudził mnie przeszywający
chłód, do którego w momencie otwarcia oczu dołączył palący ból głowy. Przez
kilka błogosławionych sekund mój mózg był pusty i nie wypełniony wspomnieniami
poprzedniej nocy, lecz wystarczyło bym rozejrzał się dookoła by wszystko powróciło
falami wielkimi jak tsunami. Pierwsza była fala wymiotów, gdy szmaragdy w oczodołach
Nortona przeszywały mnie na wskroś, a grymas jego zamarzniętej twarzy uśmiechał
się do mnie z żalem i politowaniem. Rzygałem jak kot i prawie czarna żółć pokrywała
moje ręce, twarz i lepiła warkoczyki z moich blond włosów. Druga była fala przerażenia,
gdy nadtopiony krwią śnieg błyszczał dokoła w porannych promieniach słońca. Jak
to może być, że wstał dzień, gdy dla mnie zaczęła się najdłuższa noc? Trzecia
fala przyniosła łzy, które zamarzały na moich policzkach, podczas gdy synapsy
moich neuronów strzelały na lewo i prawo przypominając mięśniom moich ramion Każde.
Kolejne. Pchniecie. i wysiłek przebijania nożem szyi Nortona. Potem zalała mnie
fala absolutnej i bezbrzeżnej, głuchej pustki, fala, w której utonąłem za życia.
Chyba zemdlałem na chwilę.
W bezkresnej,
lodowatej ciszy Antarktydy skrawki naszej kłótni przedzierały się do mojej świadomości.
Wspomnienia słów, które wyrzuciłem z siebie w niepokalanej, fanatycznej złości.
Mój głos odbijający się bez echa. Mój głos i już.
“Dzieci?! Ty,
chuju, zatrudniasz dzieci?”
“[...] bezdomne, sieroty,
ułomne?”
“Że lepiej? Że przyszłość?
Że kochające społeczeństwo?”
“Królu dzieci-śmieci,
czy jesteś gotów umrzeć dla swej wiary?”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz