środa, 8 stycznia 2014

dzieci - śmieci (Dorota)

Nortona spotkałem w jednym z bristolskich barów pozna jesienią około ośmiu lat temu. Miał na sobie trzyrzędowy garnitur w ciemno-brązowa kratę a w ręku kieliszek koniaku. Długo mierzył mnie wzrokiem nim wymówił moje nazwisko. Zdziwiłem się, gdyż nie znalem nikogo w tamtych okolicach, a jedynym powodem mojej bytności w mieście była próba załagodzenia ówczesnych romantycznych ekscesów. Okazało się, ze jako były współpracownik mojego niedawno zmarłego ojca, Norton znal mnie ze zdjęć i opowieści. Fakt, ze jego twarz była mi zupełnie obca zrzucić można na karb mej mało zażyłej relacji z rodzicami. Do domu przyjeżdżałem raz do roku, na święta, a w zamian dostawałem pokaźny czek, który wystarczał mi na prawie cały kolejny rok. Norton był człowiekiem otwartym i przyjacielskim. Otaczała go dobra aura, dzięki której większość ludzi czuła się w jego otoczeniu swobodnie i naturalnie. Polubiłem go bardzo tego pierwszego wieczoru i z radością umówiłem się na kolejnego drinka w Paryżu, gdzie jak się okazało, oboje często bywaliśmy. Potem nastąpiły kolejne śniadania w Pekinie, kolacje w Moskwie i życie nocne w Dubaju. Byliśmy już dobrymi przyjaciółmi, gdy niewielki spadek po ojcu zaczął się kończyć w nieubłaganie szybkim tempie. Norton długo się wahał i zastanawiał nim zaproponował mi współpracę. Ja nie zastanawiałem się nawet dwóch minut.
Praca była prosta, wręcz banalna, a jednocześnie przynosiła spory dochód. Norton robił w recyclingu. "Śmieci to dochodowy interes" powtarzał nie raz. Zajmowałem się organizowaniem transportu produktów z miejsca skupu do miejsca obróbki. Te ostatnie znajdowały się na końcach świata - w zapadłych górskich dolinach, na pustyniach, w krajach lodu. Podobno tak było najtaniej. Nigdy nie uważałem się za przemysłowca ani człowieka biznesu i przyznaje, ze nie bylem zbyt zainteresowany wnikaniem w tajniki tego interesu. Miałem pieniądze i mój świat był światem sukcesu.
Do punktu obróbki ołowiu na Antarktydzie trafiłem trochę z przypadku. Zaręczyłem się i  postanowiłem, ze Norton musi się o tym dowiedzieć natychmiast. Zakochani ludzie podejmują wiele nierozważnych kroków. W porywie serca przemierzyłem poł globu i bylem, co najmniej rozczarowany lodowatym spojrzeniem zielonych oczu Nortona i prawie wcale nieukrywanym gniewem.
- To nie jest twoje miejsce być tutaj. - rzucił cierpko - Jutro wracasz do domu.
Lecz następnego poranka rozszalała się śnieżna burza. W ten sposób utknąłem w małym pokoju, który dostałem na własny użytek, z tęsknotą w lędźwiach, z nienawiścią w sercu, z wyciem wiatru za oknem i ze skrzynka rumu, która miała w moim mniemaniu na swój sposób powiedzieć przepraszam za tak niegościnne przyjęcie.
Trzeciej nocy, pijany jak szpadel, obudziłem w sobie demona i postanowiłem włamać się na teren przetwórni. Moja przewodnia myślą było- gdzieś tam musza być inni ludzie, pracownicy, z którymi będę mógł przynajmniej porozmawiać i przez chwile zapomnieć o mojej sytuacji.

Uzbrojony w piersiówkę i kuchenny nóż ruszyłem przed siebie. Droga wydawała mi się niezmiernie długa i trudna i jak agent do zadań specjalnych wciąż musiałem pokonywać piętrzące się przede mną przeszkody i pułapki. Sam nie wiem jak długo brnąłem przez śnieżne zaspy i ile razy próbowałem pokonać płot nim w końcu mi się to udało. W pewnym momencie, gdy księżyc przedarł się na chwile przez chmury, ujrzałem w oddali rozmazane, pokraczne figury. Z okrzykiem pijackiego tryumfu rzuciłem się do przodu. To był kolejny krok z tych, których lepiej było nie podejmować.

*

Obudził mnie przeszywający chłód, do którego w momencie otwarcia oczu dołączył palący ból głowy. Przez kilka błogosławionych sekund mój mózg był pusty i nie wypełniony wspomnieniami poprzedniej nocy, lecz wystarczyło bym rozejrzał się dookoła by wszystko powróciło falami wielkimi jak tsunami. Pierwsza była fala wymiotów, gdy szmaragdy w oczodołach Nortona przeszywały mnie na wskroś, a grymas jego zamarzniętej twarzy uśmiechał się do mnie z żalem i politowaniem. Rzygałem jak kot i prawie czarna żółć pokrywała moje ręce, twarz i lepiła warkoczyki z moich blond włosów. Druga była fala przerażenia, gdy nadtopiony krwią śnieg błyszczał dokoła w porannych promieniach słońca. Jak to może być, że wstał dzień, gdy dla mnie zaczęła się najdłuższa noc? Trzecia fala przyniosła łzy, które zamarzały na moich policzkach, podczas gdy synapsy moich neuronów strzelały na lewo i prawo przypominając mięśniom moich ramion Każde. Kolejne. Pchniecie. i wysiłek przebijania nożem szyi Nortona. Potem zalała mnie fala absolutnej i bezbrzeżnej, głuchej pustki, fala, w której utonąłem za życia. Chyba zemdlałem na chwilę.
W bezkresnej, lodowatej ciszy Antarktydy skrawki naszej kłótni przedzierały się do mojej świadomości. Wspomnienia słów, które wyrzuciłem z siebie w niepokalanej, fanatycznej złości. Mój głos odbijający się bez echa. Mój głos i już.
“Dzieci?! Ty, chuju, zatrudniasz dzieci?”
“[...] bezdomne, sieroty, ułomne?”
“Że lepiej? Że przyszłość? Że kochające społeczeństwo?”

“Królu dzieci-śmieci, czy jesteś gotów umrzeć dla swej wiary?”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz