Po południu na ustach dziecka
zakwitła siność. Niemożliwa błękitna róża – jej płatki rozwijające się jak
rozlany atrament niknącego już oddechu. To najgorszy moment w blado oświetlonym
przejściu podziemnym. Sygnał nadchodzącego chłodu, otwierającego otchłań
nicości zawiniętej w kolorowo haftowanej chuście. Drobniaki nadal brzęczą w
papierowym kubku po zupie z proszku. Szum ulicy, stukot tramwaju odjeżdżającego
w stronę centrum. Wijąca się korytarzami podziemia szara gąsienica tłumu. Każde
światło ostatecznie wchłania ciemność, jak jednak, gdzie, ukryć samą ciemność?
Gdy słońce zachodzi z ziemi wyparowuje całe ciepło, pozostawiając zimną
ciemność, w której bez ruchu spoczywają zamarłe gady. Nie drgnie im nawet
mięsień, płuca zapadłe po ostatnim wydechu, tylko ich ślepia, nadal otwarte
świecą martwym blaskiem. Zawinięta w kolorową szmatę zieje pustka. Krawędź
otchłani przyprawia o zawroty głowy – prowadzi na skraj szaleństwa, lecz jej
wężowe oczy nie pozwalają odwrócić wzroku, chłód paraliżuje.
Ostatni tramwaj na pętlę. Ostatni
przystanek. W pomarańczowym świetle latarni trawa skrzy się szybko osiadającym
szronem. Każdy krok jakby odlany z ołowiu – prawie niemożliwy, lecz
nieunikniony. Gdzie można ukryć otchłań? W blaszanym pojemniku na odpady
komunalne. Wydaje się, że tylko kolorowa szmata powstrzymuje nicość przed
rozlaniem się po sam horyzont. Przed pochłonięciem świata. Nie można jednak jej
zostawić. Pusty pojemnik obnaża potworny sekret: otchłań już się rozlała. Jest
już za późno. Nikt nie zdołał tego zobaczyć usłyszeć głuchego uderzenia,
cięższego niż ołów, zimniejszego niż lód. Nie ma miejsca na świecie gdzie można
się już ukryć. Pozostaje przedrzeć się przez smołę nocy tam gdzie wszyscy
wiedzą.
Duszny pokój na trzecim piętrze
odgrodzony jest od świata żółtymi zasłonami. Na widok zwiniętej chusty
niektórzy spuszczają wzrok. Ktoś wychodzi. Goła żarówka wisi na drucie kradnąc
wszystkiemu cienie jak słońce w zenicie palące pustynię. Borys już był, więc
reklamówkę z drobnymi trzeba oddać Nataszy. Bez słowa wyciąga rękę, w której
trzyma igłę. Nagroda fałszywej żałoby. Światłość za ciemność.
- Wznieś się poprzez głębokie
przestrzenie niebios … i wiedz, że tam gdzie zmierzasz nie ma bogów.
Blask zenitu rozpala wnętrze jej
powieki czerwienią krwi. Na tle gorejącego słońca jej piękno hipnotyzuje,
zniewala jak nigdy. Wie o tym. Dachówki parzą jej stopy a gorący powiew lekko
unosi jedwab spowijającego ją sukna. Powietrze faluje wokół niej. Poniżej na
dziedzińcu jej kochanek. Łzy błyszczą na jego wykrzywionej twarzy, oczy
wpatrzone w nią, szalone z rozkoszy i cierpienia. Nigdy nie widział jej tak
pięknej, nigdy tak bardzo jej nie kochał. Materiał sukni lepi jej się do kolan,
ale to nie jej krew.
- Czy poznajesz swoją żonę?
Słowa wypełniają przestrzeń
między nimi, kiedy staje nad nim zasłaniając słońce a jej twarz znika w
ciemności. Z otchłani, jedna za drugą lecą w jego stronę kończyny ich dzieci.
Jedna za drugą opadają pod jego stopy jak martwe jaszczurki. Nie może jednak
oderwać od niej oczu, kiedy zaczernia słońce i znika w jego płomieniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz