wtorek, 7 stycznia 2014

dzieci - śmieci (Mikołaj)

Po południu na ustach dziecka zakwitła siność. Niemożliwa błękitna róża – jej płatki rozwijające się jak rozlany atrament niknącego już oddechu. To najgorszy moment w blado oświetlonym przejściu podziemnym. Sygnał nadchodzącego chłodu, otwierającego otchłań nicości zawiniętej w kolorowo haftowanej chuście. Drobniaki nadal brzęczą w papierowym kubku po zupie z proszku. Szum ulicy, stukot tramwaju odjeżdżającego w stronę centrum. Wijąca się korytarzami podziemia szara gąsienica tłumu. Każde światło ostatecznie wchłania ciemność, jak jednak, gdzie, ukryć samą ciemność? Gdy słońce zachodzi z ziemi wyparowuje całe ciepło, pozostawiając zimną ciemność, w której bez ruchu spoczywają zamarłe gady. Nie drgnie im nawet mięsień, płuca zapadłe po ostatnim wydechu, tylko ich ślepia, nadal otwarte świecą martwym blaskiem. Zawinięta w kolorową szmatę zieje pustka. Krawędź otchłani przyprawia o zawroty głowy – prowadzi na skraj szaleństwa, lecz jej wężowe oczy nie pozwalają odwrócić wzroku, chłód paraliżuje.
Ostatni tramwaj na pętlę. Ostatni przystanek. W pomarańczowym świetle latarni trawa skrzy się szybko osiadającym szronem. Każdy krok jakby odlany z ołowiu – prawie niemożliwy, lecz nieunikniony. Gdzie można ukryć otchłań? W blaszanym pojemniku na odpady komunalne. Wydaje się, że tylko kolorowa szmata powstrzymuje nicość przed rozlaniem się po sam horyzont. Przed pochłonięciem świata. Nie można jednak jej zostawić. Pusty pojemnik obnaża potworny sekret: otchłań już się rozlała. Jest już za późno. Nikt nie zdołał tego zobaczyć usłyszeć głuchego uderzenia, cięższego niż ołów, zimniejszego niż lód. Nie ma miejsca na świecie gdzie można się już ukryć. Pozostaje przedrzeć się przez smołę nocy tam gdzie wszyscy wiedzą.
Duszny pokój na trzecim piętrze odgrodzony jest od świata żółtymi zasłonami. Na widok zwiniętej chusty niektórzy spuszczają wzrok. Ktoś wychodzi. Goła żarówka wisi na drucie kradnąc wszystkiemu cienie jak słońce w zenicie palące pustynię. Borys już był, więc reklamówkę z drobnymi trzeba oddać Nataszy. Bez słowa wyciąga rękę, w której trzyma igłę. Nagroda fałszywej żałoby. Światłość za ciemność.
- Wznieś się poprzez głębokie przestrzenie niebios … i wiedz, że tam gdzie zmierzasz nie ma bogów.
Blask zenitu rozpala wnętrze jej powieki czerwienią krwi. Na tle gorejącego słońca jej piękno hipnotyzuje, zniewala jak nigdy. Wie o tym. Dachówki parzą jej stopy a gorący powiew lekko unosi jedwab spowijającego ją sukna. Powietrze faluje wokół niej. Poniżej na dziedzińcu jej kochanek. Łzy błyszczą na jego wykrzywionej twarzy, oczy wpatrzone w nią, szalone z rozkoszy i cierpienia. Nigdy nie widział jej tak pięknej, nigdy tak bardzo jej nie kochał. Materiał sukni lepi jej się do kolan, ale to nie jej krew.
- Czy poznajesz swoją żonę?

Słowa wypełniają przestrzeń między nimi, kiedy staje nad nim zasłaniając słońce a jej twarz znika w ciemności. Z otchłani, jedna za drugą lecą w jego stronę kończyny ich dzieci. Jedna za drugą opadają pod jego stopy jak martwe jaszczurki. Nie może jednak oderwać od niej oczu, kiedy zaczernia słońce i znika w jego płomieniach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz