niedziela, 5 stycznia 2014

dzieci - śmieci (Lyra)

Noc kończy się z dźwiękiem budzika i nikt już nie kupuje zapałek


Więc tak się zaczęło. Ona siedziała naprzeciwko i ze złością wydmuchiwała dym papierosowy – wyglądała nieco jak smok, który właśnie przebudził się z długiego snu. W jej oczach odbijało się światło łysej żarówki, ja w tajonym popłochu szukałem schronienia na dnie kubka z zimną herbatą. I tak siedzieliśmy – nie wiem jak długo – z kłębami dymu dobudowującymi rzeczywistość pod sufitem, z zimnymi palcami zaciśniętymi na brzegu stołu w kuchni, z tymi wszystkimi słowami, których przecież nie można powiedzieć na głos i z tymi wszystkimi grymasami, które ostatecznie nie znalazły drogi na powierzchnię i pozostały ukryte pod napiętą powierzchnią naszych twarzy. W dziwnym stuporze, w pewnym zapomnieniu i kompletnym oszołomieniu synaps powtarzałem w myślach „Kurwa, kurwa, kurwa”. No bo co innego miałem sobie myśleć. Czy miałem najłagodniejszym ze spojrzeń pogłaskać jej twarz i pokiwać głową jak kompletny idiota? A może złapać coś, co łatwo się tłucze i rzucić tym o ścianę? Zresztą, brak działania przecież jest działaniem samym w sobie. Więc siedziałem i milczałem, milczałem siedząc i przygryzając wargę i w didaskaliach do tego całego kurwakurwakurwa myślałem, że dobrze by było zaparzyć nową herbatę (albo może wyjść z tej kuchni, po zapałki na przykład, i już nie wracać – przynajmniej na jakiś czas, a może nawet już na zawsze – i nie tłumaczyć się nikomu (bo komu? komu miałbym cokolwiek tłumaczyć, po co miałbym komukolwiek cokolwiek tłumaczyć?)i zniknąć równie cicho jak mokry śnieg z chodników, jak zapach zapalonej zapałki w zimny listopadowy poranek; wytrzeć siebie z tego życia, tak jak wyciera się ręce o liście i gdzieś i kiedyś, nie wiem gdzie ani kiedy, zdezynfekować ten ślad alkoholem o przeźroczystej barwie i wysokim stężeniu, wymazać wspomnienia, wymazać jakiekolwiek pozostałości organiczne tego eksperymentu, a to, czego wymazać by nie dało rady po prostu odrzucić, zakopać w ogródku tej samotnej staruszki z końca ulicy, albo oddać dla biednych – do jednego z tych miejsc, gdzie rzeczy są już tylko rzeczami, gdzie to wszystko, co mogłoby być czymś więcej rozkładane jest na czynniki pierwsze i nikt nigdy nie zadaje zbędnych pytań… Nikt i nic. Nigdy…). To wszystko pewnie trochę trwało – wiem, bo odmierzałem czas papierosami gaszonymi z namaszczeniem w popielniczce i za każdym razem, gdy w myślach wypowiadałem liczbę pierwszą chyba nieco się krzywiłem i paznokciem zaznaczałem linię na przedramieniu. A ona? Ona siedziała i paliła i choć przecież miała ten straszny wzrok i te ściągnięte brwi, i te swoje różowe usta zaciśnięte w wąską linię – to przecież, nawet teraz, widziałem w niej ten niepokój i ten strach, bo teraz przecież nie było odwrotu z tej gry, z tego jej wielkiego va banque, z tego siedem bez atu, które w tej niemej licytacji rzuciła mi w twarz. I teraz, już z re-contrą na stole, nie sposób przecież żadnemu z nas się wycofać. Więc tak się zaczęło: ona i ja i tak strasznie źle rozdane karty, że przecież od początku powinniśmy byli wołać „pass” i wyrywać włosy z głowy i może – gdybyśmy tylko potrafili – powinniśmy byli zapłakać i utulić się nawzajem do snu, jak dzieci, w najciemniejszym z pokoi, gdy już wiadomo, że rodzice nigdy nie wrócą i gdy nikt nie ma już nadziei, na to, że to wszystko okaże się tylko snem. Ale ja tak nie potrafiłem, a ona… Ona chyba była zbyt uparta, zresztą, może się mylę, może też już nie potrafiła, może wyruszyła w ten wieczór w jednoosobową misję bez odwrotu i przecież nie wypada, przecież nie wolno płakać w stanie nieważkości – więc może, choć nie wiem tego na pewno, może ona też po prostu nie mogła i nie potrafiła już płakać.
Gdy czerń za oknem zaczęła przechodzić w szarości, choć jeszcze nie zupełnie i pewnie była to raczej tylko wyblakła czerń z naszymi wyblakłymi twarzami odbijającymi się w brudnych szybach, gdy wszystkie krawędzie w całej kuchni nabrały miękkości i można było pomyśleć, że ten stół, ta szafka otuliłyby tylko nasze głowy i przypadkowo rozbita szklanka jedynie wypełniła zagięcia w naszych dłoniach i wygładziła fioletowe i zielone cienie pod naszymi oczami i w kącikach ust – wtedy, wtedy gdy, gdyby Piotr siedział z nami przy tym stole i w tej kuchni, wtedy właśnie ten Piotr powiedziałby „Wyrzekam się” i powtórzyłby to jeszcze przecież dwa razy, a może nawet więcej, kto wie, choć przecież dla historii, dla podtrzymania wartkości narracji powinno się to zdarzyć tylko trzy razy, bo trzy jest z tak wielu powodów magiczną liczbą – wtedy właśnie gdzieś z oddali doszedł do nas dźwięk budzika. Być może wzniosłem oczy ku górze, w pewnym odprężeniu wstałem i pozwoliłem mojemu ciału podążać utartą ścieżką, oddałem się repetycji – ani szybko ani wolno – ale tak, jak przecież pozwalałem memu ciału zachowywać się każdego ranka, każdego miesiąca, w każdej porze roku. W korytarzu podniosłem z ziemi obrzydliwie pomarańczową kurtkę, przez chwilę (zresztą tak jak każdego ranka) szukałem kluczy i gdy już nieco zbyt mocno i trochę niepotrzebnie zaciskałem je w dłoni, zrozumiałem, że cykl się dopełnił. Z wahaniem zajrzałem do kuchni, ale ona nawet się nie ruszyła. Siedziała z głową wspartą na dłoniach, a jej włosy miękko opadały na ramiona i zasłaniały to wszystko, co było napięte i obce w jej twarzy. Wiem, że mogłem wtedy do niej podejść, uklęknąć – nie musiałbym nic mówić, wystarczyłby ten jeden gest, który przecież nie zmieniłby nic, a jednak mógłby zmienić wszystko. Nic takiego nie zrobiłem. Odwróciłem się plecami do Madonny Bolejącej i wyszedłem z domu. W mojej głowie odcisnął się jej obraz: smutny i zalany błękitnym światłem znikąd.

Skinąłem głową Staszkowi i bez słowa wskoczyłem do szoferki. Ruszyliśmy na naszą codzienną trasę. On, tak jak i ona wcześniej, po prostu palił. Tak było nawet lepiej. Bo teraz, gdy w końcu wiedziałem, że nic nie muszę mówić, w żaden sposób nie muszę dobierać słów, gdzieś – prosto z centrum mojego jestestwa, wraz z coraz bardziej donośnym, dzikim i niepohamowanym burczeniem brzucha – zaczęły powstawać słowa i szukać ujścia w niepełnym, przerywanym, wymieszanym ze śliną i smakiem wymiotów monologu. „Dziecko”, przesunąłem kolejny kontener pełen śmieci bliżej do krawędzi chodnika, „Dziecko – będziemy mieli, kurwa, dziecko…”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz