Noc kończy się z dźwiękiem budzika i nikt już nie kupuje zapałek
Więc
tak się zaczęło. Ona siedziała naprzeciwko i ze złością wydmuchiwała dym
papierosowy – wyglądała nieco jak smok, który właśnie przebudził się z długiego
snu. W jej oczach odbijało się światło łysej żarówki, ja w tajonym popłochu
szukałem schronienia na dnie kubka z zimną herbatą. I tak siedzieliśmy – nie
wiem jak długo – z kłębami dymu dobudowującymi rzeczywistość pod sufitem, z
zimnymi palcami zaciśniętymi na brzegu stołu w kuchni, z tymi wszystkimi
słowami, których przecież nie można powiedzieć na głos i z tymi wszystkimi
grymasami, które ostatecznie nie znalazły drogi na powierzchnię i pozostały
ukryte pod napiętą powierzchnią naszych twarzy. W dziwnym stuporze, w pewnym
zapomnieniu i kompletnym oszołomieniu synaps powtarzałem w myślach „Kurwa,
kurwa, kurwa”. No bo co innego miałem sobie myśleć. Czy miałem najłagodniejszym
ze spojrzeń pogłaskać jej twarz i pokiwać głową jak kompletny idiota? A może
złapać coś, co łatwo się tłucze i rzucić tym o ścianę? Zresztą, brak działania
przecież jest działaniem samym w sobie. Więc siedziałem i milczałem, milczałem
siedząc i przygryzając wargę i w didaskaliach do tego całego kurwakurwakurwa
myślałem, że dobrze by było zaparzyć nową herbatę (albo może wyjść z tej
kuchni, po zapałki na przykład, i już nie wracać – przynajmniej na jakiś czas,
a może nawet już na zawsze – i nie tłumaczyć się nikomu (bo komu? komu miałbym
cokolwiek tłumaczyć, po co miałbym komukolwiek cokolwiek tłumaczyć?)i zniknąć
równie cicho jak mokry śnieg z chodników, jak zapach zapalonej zapałki w zimny
listopadowy poranek; wytrzeć siebie z tego życia, tak jak wyciera się ręce o
liście i gdzieś i kiedyś, nie wiem gdzie ani kiedy, zdezynfekować ten ślad
alkoholem o przeźroczystej barwie i wysokim stężeniu, wymazać wspomnienia,
wymazać jakiekolwiek pozostałości organiczne tego eksperymentu, a to, czego
wymazać by nie dało rady po prostu odrzucić, zakopać w ogródku tej samotnej
staruszki z końca ulicy, albo oddać dla biednych – do jednego z tych miejsc,
gdzie rzeczy są już tylko rzeczami, gdzie to wszystko, co mogłoby być czymś
więcej rozkładane jest na czynniki pierwsze i nikt nigdy nie zadaje zbędnych
pytań… Nikt i nic. Nigdy…). To wszystko pewnie trochę trwało – wiem, bo
odmierzałem czas papierosami gaszonymi z namaszczeniem w popielniczce i za
każdym razem, gdy w myślach wypowiadałem liczbę pierwszą chyba nieco się
krzywiłem i paznokciem zaznaczałem linię na przedramieniu. A ona? Ona siedziała
i paliła i choć przecież miała ten straszny wzrok i te ściągnięte brwi, i te
swoje różowe usta zaciśnięte w wąską linię – to przecież, nawet teraz,
widziałem w niej ten niepokój i ten strach, bo teraz przecież nie było odwrotu
z tej gry, z tego jej wielkiego va banque, z tego siedem bez atu, które w tej
niemej licytacji rzuciła mi w twarz. I teraz, już z re-contrą na stole, nie
sposób przecież żadnemu z nas się wycofać. Więc tak się zaczęło: ona i ja i tak
strasznie źle rozdane karty, że przecież od początku powinniśmy byli wołać
„pass” i wyrywać włosy z głowy i może – gdybyśmy tylko potrafili – powinniśmy
byli zapłakać i utulić się nawzajem do snu, jak dzieci, w najciemniejszym z
pokoi, gdy już wiadomo, że rodzice nigdy nie wrócą i gdy nikt nie ma już
nadziei, na to, że to wszystko okaże się tylko snem. Ale ja tak nie potrafiłem,
a ona… Ona chyba była zbyt uparta, zresztą, może się mylę, może też już nie
potrafiła, może wyruszyła w ten wieczór w jednoosobową misję bez odwrotu i
przecież nie wypada, przecież nie wolno płakać w stanie nieważkości – więc
może, choć nie wiem tego na pewno, może ona też po prostu nie mogła i nie
potrafiła już płakać.
Gdy
czerń za oknem zaczęła przechodzić w szarości, choć jeszcze nie zupełnie i
pewnie była to raczej tylko wyblakła czerń z naszymi wyblakłymi twarzami odbijającymi
się w brudnych szybach, gdy wszystkie krawędzie w całej kuchni nabrały
miękkości i można było pomyśleć, że ten stół, ta szafka otuliłyby tylko nasze
głowy i przypadkowo rozbita szklanka jedynie wypełniła zagięcia w naszych
dłoniach i wygładziła fioletowe i zielone cienie pod naszymi oczami i w
kącikach ust – wtedy, wtedy gdy, gdyby Piotr siedział z nami przy tym stole i w
tej kuchni, wtedy właśnie ten Piotr powiedziałby „Wyrzekam się” i powtórzyłby
to jeszcze przecież dwa razy, a może nawet więcej, kto wie, choć przecież dla
historii, dla podtrzymania wartkości narracji powinno się to zdarzyć tylko trzy
razy, bo trzy jest z tak wielu powodów magiczną liczbą – wtedy właśnie gdzieś z
oddali doszedł do nas dźwięk budzika. Być może wzniosłem oczy ku górze, w
pewnym odprężeniu wstałem i pozwoliłem mojemu ciału podążać utartą ścieżką,
oddałem się repetycji – ani szybko ani wolno – ale tak, jak przecież pozwalałem
memu ciału zachowywać się każdego ranka, każdego miesiąca, w każdej porze roku.
W korytarzu podniosłem z ziemi obrzydliwie pomarańczową kurtkę, przez chwilę
(zresztą tak jak każdego ranka) szukałem kluczy i gdy już nieco zbyt mocno i
trochę niepotrzebnie zaciskałem je w dłoni, zrozumiałem, że cykl się dopełnił.
Z wahaniem zajrzałem do kuchni, ale ona nawet się nie ruszyła. Siedziała z
głową wspartą na dłoniach, a jej włosy miękko opadały na ramiona i zasłaniały
to wszystko, co było napięte i obce w jej twarzy. Wiem, że mogłem wtedy do niej
podejść, uklęknąć – nie musiałbym nic mówić, wystarczyłby ten jeden gest, który
przecież nie zmieniłby nic, a jednak mógłby zmienić wszystko. Nic takiego nie
zrobiłem. Odwróciłem się plecami do Madonny Bolejącej i wyszedłem z domu. W
mojej głowie odcisnął się jej obraz: smutny i zalany błękitnym światłem znikąd.
Skinąłem
głową Staszkowi i bez słowa wskoczyłem do szoferki. Ruszyliśmy na naszą
codzienną trasę. On, tak jak i ona wcześniej, po prostu palił. Tak było nawet
lepiej. Bo teraz, gdy w końcu wiedziałem, że nic nie muszę mówić, w żaden
sposób nie muszę dobierać słów, gdzieś – prosto z centrum mojego jestestwa,
wraz z coraz bardziej donośnym, dzikim i niepohamowanym burczeniem brzucha –
zaczęły powstawać słowa i szukać ujścia w niepełnym, przerywanym, wymieszanym
ze śliną i smakiem wymiotów monologu. „Dziecko”, przesunąłem kolejny kontener
pełen śmieci bliżej do krawędzi chodnika, „Dziecko – będziemy mieli, kurwa,
dziecko…”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz