czwartek, 9 stycznia 2014

dzieci - śmieci (laola)

Sasza stawia na stole butelkę likieru orzechowego.
-No kochanie, czas oblać te twoje urodziny. I nie martw się, nie tylko likier przywiozłam. - obok ląduje sznaps w czymś szklanym, ale przypominającym raczej niewielkich rozmiarów beczkę.
-Ty chcesz mnie kurwa zabić. Wiedziałam. Utłuc Peszkowską. Schlać i porzucić do uwędzenia w niedoświetlonej kuchni ruderyzencji.
-Już już, spokojnie kochanie. Nikt ci się nie każe upijać.
-A te głosy w mojej głowie?!
-Już, już. Nie marudź, szklanki daj.
Do sznapsa jest coca-cola.
-Trzeba było powiedzieć, sok bym kupiła. Chociaż jakieś witaminy.
-Chlej i zdychaj, a co? Witaminy to sobie wiosną nadrobisz, jak świeżynki wrócą. Chociaż świeże kiełbaski to masz chyba cały rok, nie? - Sasza najpierw rechocze, potem beka. - Ooooo, sorki, żaby idą.
Zgodnie z zasadą stopniowej gradacji mocy, zaczynamy od likieru. Sasza nadaje jak radio tranzystorowe. Trochę przy tym trzeszcząc. O chłopaku w Pradze. O pracy. O konferencji w Berlinie. Połowy jej informatycznego żargonu mój mózg nie przetwarza. Szczęśliwie lekarstwo stoi przede mną.
-Uchyliłabyś okno, siekiera nam się tu robi.
-Ale to ja siedzę bliżej, zimno mi będzie. - może jak ją podwędzę, to zmieni temat?
-No... To co u ciebie? - co u ciebie? Co u ciebie? Co u ciebie? To pytanie powinno być oficjalnie zakazane. Karalne. Podlegające karze pozbawienia języka. Ale nie jest. Na niedomiar złego, zadaje je moja pieprzona-najlepsza-przyjaciółka-która-nie-raz-mi-dupę-ratowała, odpowiedź wydaje się zatem być absolutnie konieczna.
-A po staremu.
-Po staremu, po staremu... No nie przynudzaj kochanie. Żadnych nowych romansów?
-Podliczyłam te z ostatniego roku.
-I?
-Wyszło mi osiem.
-Nieźle... Ehhh... Człowiek się męczy z jednym i tym samym facetem przez pół roku, rok, a ty... Nawet nie rękawiczki kochanie... Nie rękawiczki.... Ty już jak skarpetki.
Zapada cisza. Polewamy. Sasza wyciąga z torebki wielką pakę czipsów. Octowe z solą.
-No co masz taką kwaśną minę? No kochanie...
-Kiedy byłaś w jukeju?
-Jakoś tak w zeszłym miesiącu. No jedz. Myślisz, że tylko ja mam mieć wielką dupę?
-Też mam wielką.
- Tak, tak. No gadajże, kochanie.
-To głupie.
-Nie takie rzeczy...
-Sen miałam.
-Jaki?
-Pijacki. Jak to w urodziny. Urżnęłam się jak dzika świnia, guziec jakiś afrykański. Z kłami i ubłoconą sierścią. I mi się śnili ci wszyscy...
-Co ty, kochanie, pierdolisz?
-Rodziłam dzieci. Wychodziły z mojego brzucha jedno po drugim, seryjna produkcja. Były tam wszystkie naraz. Cała ósemka. Każdy zostawił mi dziecko. Każdy takie jak on.
Zamykam oczy. Widzę tą scenę. Stoję. Nie nawet, nie stoję – biegnę przed siebie. I z mojej macicy sypią się dzieci. Wypadają jak skrzepy krwi po skrobance. Ale nie czuję bólu. One po prostu wysuwają się ze mnie na posadzkę. I są połączone jedną pępowiną – wszystkie – ośmioro.
Pierwsze – słowo matematyka wytatuowane ma na ramieniu. I pieluchę z symbolem Π nadrukowanym w równych odstępach na całej powierzchni. I okularki. W drucianych oprawkach. Rude włosy. Krótkie i proste. Niemieckie korzenie, ani chybi.
Drugie – czarne jak smoła. Króciutkie kręcone włosy, nie chcę nic mówić kochanie – wyłysiejesz jak tatuś. Przed czterdziestką. Może zdążysz do tego czasu pograć na basie i przerżnąć tyle lasek co on. Okrągłe, wielkie oczy błyszczą w maleńkiej twarzyczce. Śmieje się bez powodu.
Trzecie – a to pech. Będzie Polak. Zadający głupie pytania. Już od upadku na podłogę pyta – tak mam upaść? Tak ci się podoba? No jak mamuśku? To co mam ci teraz zrobić? Ugryzę tego cyca!!!! Uciekam. Ślizgam się we własnym śluzie. Wytrysk, czy wody płodowe?
Za mną ksiądz proboszcz. W ręce bat, tnie powietrze ze świstem. Skrapla dzieci, oblewa je winem. Wytrawnym. Czerwonym. Błyszczy jak świeżo utoczona krew. Przy porodzie musi być w końcu trochę krwi.
-Trzeba je ochrzcić!!! Diabeł twą drogę wyznaczał!!!! Ocalę te duszyczki!!!!!
Czwarte – Japonia w pełnej krasie. Jasna skóra, skośne oczy i włosy do pół pasa. Raczkuje szybciej niż ja uciekam. Bez poślizgu na zakrętach. Zaraz ugryzie mnie w piętę. Do miniaturowego pasa przytroczona lina. Lasso?!
Ksiądz proboszcz rozsierdzony.
-Córo diabła!!!!!!!!!
Piąte – krzyczy po rosyjsku „suka!!!!”. Nie do mnie, do księdza proboszcza. Niebieskie, przenikliwe - choć tak małe - oczka. Już łapie go za łydkę. Proboszcz wyje. Skąd ten mały ma zęby? Krew tryska, mały gryzie, barwią się na czerwono czarne szkice jego tatuaży. „Nie ty jej spuścisz lanie, czarna świnio! Mama naliwaj, ja uże nie malczik!”
Dobrze mały, dajesz, głośniej, silniej! Ale już go ksiądz proboszcz koniakiem odsyła na odpoczynek.
Posadzka śliska, ślizgają mi się nogi.
Szóste – ki cziort?! Dziewczynka. Czarna szczecina porasta jej głowę. Oczy ciemniejsze niż na prawosławnych ikonach. Za nią chusta ciągnie się do szyi przytroczona. Muzułmanka! Azja Południowa... Zza sutanny księdza wyłania się kuc. Dziewczynka wskakuje na grzbiet i na oklep goni księdza. Wnuczka Dżyngis Chana!
Siódme – ledwie mogę zauważyć – tylko ląduje na posadzce – już otwiera wino i kroi ser. Petit mort mon amour! Umrzesz wkrótce, o mamo! Choć tylko na krótką, piękną chwilę. Zabierz już tylko tego faceta w kiecce. To jeszcze nie karnawał.
Zaczynam czuć zmęczenie, choć wiem, że macica już prawie pusta. Jak lekko, jak, prawie przyjemnie.
Ósme – ósme jest w kratkę. Poślizg na zakręcie. Pierwsze słowo – anal. Mów mi mamusiu! Wyje w niebogłosy. Nie rozróżniam kolorów. Nie rozróżniam dźwięków. Biegłam na szpilkach. Kostki nie wytrzymały lewa w prawo, prawa w lewo, nogi mi się plączą. Ksiądz dopada, budzę się z krzykiem.
-Peszkowska, ty rozważałaś wizytę u psychiatry?!
-Psychiatry było piąte. Już nie mam siły...
-A ja...
Sasza milknie na chwilę.

-A ja miałam ci powiedzieć... Muszę właśnie zrobić test ciążowy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz