poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ślimaki (Mikołaj)

- Dosyć mam tej cholernej babki! Panowie, kiedy ostatnio widzieliście prawdziwy łopian? Wszędzie tylko mlecze i szczaw! I ta cholerna babka!
Było to pewnego ciepłego wiosennego popołudnia kiedy to, a jakże, pod niezaprzeczalnym wpływem charyzmatycznego Romana postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i zmienić nieco od dawna już znienawidzony jadłospis. Tak brawurowa eskapada, wszelako, nie mogła zostać podjęta przez wzgląd na li tylko podyktowane monotonią diety zdanie któregokolwiek z nas. Koncepcję Romana należało wpierw przedyskutować, rozważyć wszystkie za i przeciw, niewątpliwie wszystkich czekały w związku z tym kompromisy których przyjęcie nigdy nie przychodzi łatwo. Prawda. Roman był naszym, można to określić, przywódcą duchowym. Charyzmatyczny, zdecydowany, odważny jak żaden z nas. Bylibyśmy poszli za nim jak w dym gdyby nie rozwaga i rozsądek z jakim do wszystkich Romana uniesień i zrywów podchodził Gienio.
- Roman pogrzało cię? Masz tu wszystko czego ci potrzeba.
Niestety Gienio pomimo swego niezaprzeczalnego geniuszu miał niejakie trudności z wyrażaniem swoich myśli. Z pośród naszej trójki bodaj jedynie w mojej osobie znajdował szczere zrozumienie dla swej myśli. Zawsze uważałem fakt iż geniusz, demon racjonalizmu, umysł tak światły i nieskrępowany widzi swego idola w osobie Romana, tego marzyciela i lekkoducha, za osobistą porażkę. Z drugiej strony to właśnie trzymało nas razem. Ja podziwiałem Gienia, Gienio zazdrościł Romanowi jego braku skrępowania a Roman… Roman zawsze marzył o tym by bajerować dziewczyny elokwencją. Jego życiową tragedią był fakt iż w głębi duszy paliwoda i zawadiaka Roman miał słabość do nieśmiałych i delikatnych ślimaczyc których względów nie miał szans pozyskać na swój (swoją drogą imponujący) bajer z napinaniem stopy.
- Nie słyszałem poza tym żeby babka komukolwiek zaszkodziła.
Ach cały Gienio! Ta subtelność przemawiająca przez twarde jak głaz dane empiryczne.
- Gieniu, zaszkodziła nie zaszkodziła! Co za różnica? Nie o to mi chodzi! Mam jej dosyć! Nie jadłem łopianu od kiedy skończyliśmy tamtą kępę pod drzewem!
- Roman opamiętaj się. Gdzie chcesz iść? Do lasu? Hmm? Prosto do pyska gryzoni czy może na pole? Żeby cię suchak porwał i do gniazda zaniósł?
- Pleciesz Gieniu! Jak pójdziemy skrajem lasu na pewno znajdziemy coś godnego do oszamania.
- Panowie! Dosyć! Gienio nie „plecie”, pamiętaj Roman że to on jest tu geniuszem.
- Ludwik ty się nie wtrącaj! Wiem doskonale że gdyby Gienio kazał ci spróchniałą korę wsuwać to schował byś gały ze wstrętu a byś wsuwał!
- Uważaj Roman…
- Chłopaki! Chłopaki! Patrzcie na to!
I już kiedy nasza mała scysja przerodzić się w poważną sprzeczkę olśniewające odkrycie Gienia położyło kres tym przyziemnym błahostkom. Bo oto w wygryzionym przez Gienia otworze na środku pokaźnego liścia babki jawił się nam widok iście niebiański.
- No własnym oczom nie wierzę!
- Sałata!
- Ruszamy!
- Stój Roman a jak jest pryskana?
- Nic mnie to nie obchodzi! Tak zielonej i soczystej sałaty jak żyję nie widziałem a to całe pole jej jest chyba.
Entuzjazm z jakim Roman zabrał się do pędzenia po bruździe biegnącej wzdłuż pola porwał nas wszystkich. Należy oddać Romanowi że sałata wyglądała naprawdę fantastycznie. Dopiero wszelako kiedy znaleźliśmy się na bezlitośnie otwartej przestrzenie dotarło do nas jak łatwym staliśmy się łupem dla kołujących nad polem suchaków.
- Ludwik wracajmy Roman zwariował! – zakwilił Gienio i zaczął obracać się w stronę lasu.
- Daj spokój mamy już dalej niż bliżej. Właź mi na muszlę zaniosę cię.
Z przerażonym geniuszem na plecach grzęzłem w miękkim torfie, gdyby zobaczył nas suchak nie mieli byśmy żadnych szans, było to ryzyko które jednak musiałem podjąć. Roztrzęsiony Gienio najpewniej nie zebrał by się w sobie aby udać się w jakimś określonym kierunku i kręcił by się w kółko aż nie dopadł by go któryś z tych potworów. Teraz rozklejał się na mojej skorupie bulgocząc jakieś nieartykułowane dźwięki.
- bul, bul, bul,
- Trzymaj się Gieniu, nie odpuszczaj, jesteśmy prawie na miejscu.
- uuuu! Bul, Bul, Bul.
- Już widzę Romana Gieniu to już niedaleko.
Ledwie dysząc przemierzyłem odległość od podnóża bruzdy do pierwszej dorodnej główki.
- No jesteście! Myślałem że nigdy się nie doczłapiecie. A ta sałata taka pyszna! I nie pryskana!
Głos Romana wydał mi się dźwiękiem zbawienia. Mimo że byłem na niego obrażony iż dał się ponieść cielesnym rządom pozostawiając swoich towarzyszy w polu (w obu znaczeniach tego słowa) nie mogłem powstrzymać się w przypływie radości z jego widoku i wdrapałem się na liść. Gienio poleżał chwilę zwinięty w swej skorupie, lecz kiedy doszły do niego odgłosy chrupanej świeżej sałaty szybko się ogarnął i dołączył do nas. Były to niewątpliwie najlepsze chwile naszego życia. Siedzieliśmy we trzech na liściu świeżutkiej sałaty i pochłanialiśmy go z pełną świadomością że pod nim kryje się kolejny i kolejny i tak w nieskończoność. Nikt przecież nie dotarł do końca sałaty. Zresztą jak to Gienio określił materia jest ciągła a nie ziarnista więc nie mogli byśmy przejeść całej sałaty nawet gdyby się nas zebrało dwudziestu. No już prędzej by zgniła. Niestety ten olśniewający błogostan nie mógł trwać wiecznie. Przy trzecim chyba liściu usłyszeliśmy rozdzierający powietrze szelest suchych piór atakującego suchaka.
- Kryć się! – zaryczał Roman i zaczął pędzić na drugą stronę sałaty.
- biegniesz Gieniu!
Gienio był sparaliżowany strachem przez sam dźwięk złowieszczego słowa. Niebezpieczeństwo było jednak zbyt blisko. Nie byłem wstanie mu pomóc i ruszyłem w przeciwnym kierunku niż Roman. Rozległ się świst przerażający skrzek i ogromny cień runął na sałatę. Wszystko nagle ucichło.
- AAAAAAA! Ma mnie! Pożarł! To koniec!
- Uspokój się Gieniu po prostu spadłeś z sałaty nie ma się czego bać.
- Słuchajcie chłopaki nie wiem jak wy ale ja się stąd zawijam – rzekł Roman który nagle wychynął z drugiej strony sałaty.
- Ta bestia na pewno jeszcze tu wróci raz jej lanie spuściłem ale to ich nie powstrzyma. Jak jeden nie dał mi rady to wrócą w większej liczbie.

Zrozumiałem że zawdzięczamy Romanowi życie i chociaż Gieniu był nadal przeświadczony iż właśnie umiera w żołądku suchaka z duszą na ramieniu dowlekliśmy go na skraj lasu. Potwór więcej nie wrócił. Nie wiadomo czy to dlatego że Roman go pokonał czy z innych powodów. Fakt pozostaje faktem na pole więcej nie wróciliśmy, nie żebyśmy się jakiegoś tam suchaka bali. Następnego dnia było pryskane i roznosił się od tego taki swąd że nawet na skraju lasu babka (o której w przeciwnym wypadku nie słyszałem aby komuś kiedyś zaszkodziła) była nie do jedzenia. Byliśmy zmuszeni zaszyć się głębiej ryzykując spotkanie z jakimś gryzoniem ale to już zupełnie inna opowieść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz