- Dosyć mam tej cholernej babki! Panowie, kiedy ostatnio
widzieliście prawdziwy łopian? Wszędzie tylko mlecze i szczaw! I ta cholerna
babka!
Było to pewnego ciepłego wiosennego popołudnia kiedy to,
a jakże, pod niezaprzeczalnym wpływem charyzmatycznego Romana postanowiliśmy
postawić wszystko na jedną kartę i zmienić nieco od dawna już znienawidzony
jadłospis. Tak brawurowa eskapada, wszelako, nie mogła zostać podjęta przez
wzgląd na li tylko podyktowane monotonią diety zdanie któregokolwiek z nas.
Koncepcję Romana należało wpierw przedyskutować, rozważyć wszystkie za i
przeciw, niewątpliwie wszystkich czekały w związku z tym kompromisy których
przyjęcie nigdy nie przychodzi łatwo. Prawda. Roman był naszym, można to
określić, przywódcą duchowym. Charyzmatyczny, zdecydowany, odważny jak żaden z
nas. Bylibyśmy poszli za nim jak w dym gdyby nie rozwaga i rozsądek z jakim do
wszystkich Romana uniesień i zrywów podchodził Gienio.
- Roman pogrzało cię? Masz tu wszystko czego ci potrzeba.
Niestety Gienio pomimo swego niezaprzeczalnego geniuszu
miał niejakie trudności z wyrażaniem swoich myśli. Z pośród naszej trójki bodaj
jedynie w mojej osobie znajdował szczere zrozumienie dla swej myśli. Zawsze
uważałem fakt iż geniusz, demon racjonalizmu, umysł tak światły i nieskrępowany
widzi swego idola w osobie Romana, tego marzyciela i lekkoducha, za osobistą
porażkę. Z drugiej strony to właśnie trzymało nas razem. Ja podziwiałem Gienia,
Gienio zazdrościł Romanowi jego braku skrępowania a Roman… Roman zawsze marzył o tym by bajerować dziewczyny
elokwencją. Jego życiową tragedią był fakt iż w głębi duszy paliwoda i zawadiaka Roman
miał słabość do nieśmiałych i delikatnych ślimaczyc których względów nie miał
szans pozyskać na swój (swoją drogą imponujący) bajer z napinaniem stopy.
- Nie słyszałem poza tym żeby babka komukolwiek
zaszkodziła.
Ach cały Gienio! Ta subtelność przemawiająca przez twarde
jak głaz dane empiryczne.
- Gieniu, zaszkodziła nie zaszkodziła! Co za różnica? Nie
o to mi chodzi! Mam jej dosyć! Nie jadłem łopianu od kiedy skończyliśmy tamtą
kępę pod drzewem!
- Roman opamiętaj się. Gdzie chcesz iść? Do lasu? Hmm?
Prosto do pyska gryzoni czy może na pole? Żeby cię suchak porwał i do gniazda
zaniósł?
- Pleciesz Gieniu! Jak pójdziemy skrajem lasu na pewno
znajdziemy coś godnego do oszamania.
- Panowie! Dosyć! Gienio nie „plecie”, pamiętaj Roman że
to on jest tu geniuszem.
- Ludwik ty się nie wtrącaj! Wiem doskonale że gdyby
Gienio kazał ci spróchniałą korę wsuwać to schował byś gały ze wstrętu a byś
wsuwał!
- Uważaj Roman…
- Chłopaki! Chłopaki! Patrzcie na to!
I już kiedy nasza mała scysja przerodzić się w poważną
sprzeczkę olśniewające odkrycie Gienia położyło kres tym przyziemnym błahostkom.
Bo oto w wygryzionym przez Gienia otworze na środku pokaźnego liścia babki
jawił się nam widok iście niebiański.
- No własnym oczom nie wierzę!
- Sałata!
- Ruszamy!
- Stój Roman a jak jest pryskana?
- Nic mnie to nie obchodzi! Tak zielonej i soczystej
sałaty jak żyję nie widziałem a to całe pole jej jest chyba.
Entuzjazm z jakim Roman zabrał się do pędzenia po
bruździe biegnącej wzdłuż pola porwał nas wszystkich. Należy oddać Romanowi że
sałata wyglądała naprawdę fantastycznie. Dopiero wszelako kiedy znaleźliśmy się
na bezlitośnie otwartej przestrzenie dotarło do nas jak łatwym staliśmy się
łupem dla kołujących nad polem suchaków.
- Ludwik wracajmy Roman zwariował! – zakwilił Gienio i
zaczął obracać się w stronę lasu.
- Daj spokój mamy już dalej niż bliżej. Właź mi na muszlę
zaniosę cię.
Z przerażonym geniuszem na plecach grzęzłem w miękkim
torfie, gdyby zobaczył nas suchak nie mieli byśmy żadnych szans, było to ryzyko
które jednak musiałem podjąć. Roztrzęsiony Gienio najpewniej nie zebrał by się
w sobie aby udać się w jakimś określonym kierunku i kręcił by się w kółko aż
nie dopadł by go któryś z tych potworów. Teraz rozklejał się na mojej skorupie
bulgocząc jakieś nieartykułowane dźwięki.
- bul, bul, bul,
- Trzymaj się Gieniu, nie odpuszczaj, jesteśmy prawie na
miejscu.
- uuuu! Bul, Bul, Bul.
- Już widzę Romana Gieniu to już niedaleko.
Ledwie dysząc przemierzyłem odległość od podnóża bruzdy
do pierwszej dorodnej główki.
- No jesteście! Myślałem że nigdy się nie doczłapiecie. A
ta sałata taka pyszna! I nie pryskana!
Głos Romana wydał mi się dźwiękiem zbawienia. Mimo że
byłem na niego obrażony iż dał się ponieść cielesnym rządom pozostawiając
swoich towarzyszy w polu (w obu znaczeniach tego słowa) nie mogłem powstrzymać
się w przypływie radości z jego widoku i wdrapałem się na liść. Gienio poleżał
chwilę zwinięty w swej skorupie, lecz kiedy doszły do niego odgłosy chrupanej
świeżej sałaty szybko się ogarnął i dołączył do nas. Były to niewątpliwie
najlepsze chwile naszego życia. Siedzieliśmy we trzech na liściu świeżutkiej
sałaty i pochłanialiśmy go z pełną świadomością że pod nim kryje się kolejny i
kolejny i tak w nieskończoność. Nikt przecież nie dotarł do końca sałaty.
Zresztą jak to Gienio określił materia jest ciągła a nie ziarnista więc nie
mogli byśmy przejeść całej sałaty nawet gdyby się nas zebrało dwudziestu. No
już prędzej by zgniła. Niestety ten olśniewający błogostan nie mógł trwać
wiecznie. Przy trzecim chyba liściu usłyszeliśmy rozdzierający powietrze
szelest suchych piór atakującego suchaka.
- Kryć się! – zaryczał Roman i zaczął pędzić na drugą
stronę sałaty.
- biegniesz Gieniu!
Gienio był sparaliżowany strachem przez sam dźwięk
złowieszczego słowa. Niebezpieczeństwo było jednak zbyt blisko. Nie byłem
wstanie mu pomóc i ruszyłem w przeciwnym kierunku niż Roman. Rozległ się świst
przerażający skrzek i ogromny cień runął na sałatę. Wszystko nagle ucichło.
- AAAAAAA! Ma mnie! Pożarł! To koniec!
- Uspokój się Gieniu po prostu spadłeś z sałaty nie ma
się czego bać.
- Słuchajcie chłopaki nie wiem jak wy ale ja się stąd
zawijam – rzekł Roman który nagle wychynął z drugiej strony sałaty.
- Ta bestia na pewno jeszcze tu wróci raz jej lanie
spuściłem ale to ich nie powstrzyma. Jak jeden nie dał mi rady to wrócą w
większej liczbie.
Zrozumiałem że zawdzięczamy
Romanowi życie i chociaż Gieniu był nadal przeświadczony iż właśnie umiera w
żołądku suchaka z duszą na ramieniu dowlekliśmy go na skraj lasu. Potwór więcej
nie wrócił. Nie wiadomo czy to dlatego że Roman go pokonał czy z innych powodów.
Fakt pozostaje faktem na pole więcej nie wróciliśmy, nie żebyśmy się jakiegoś
tam suchaka bali. Następnego dnia było pryskane i roznosił się od tego taki
swąd że nawet na skraju lasu babka (o której w przeciwnym wypadku nie słyszałem
aby komuś kiedyś zaszkodziła) była nie do jedzenia. Byliśmy zmuszeni zaszyć się
głębiej ryzykując spotkanie z jakimś gryzoniem ale to już zupełnie inna
opowieść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz