BRAKUJĄCE GAŁKI
Melisa otuliła ramiona błękitnym blezerkiem. Luke brawurowo
ścinał zakręty, Lucinda i Chris chichotali na każdym wyrtepie. Dziś rano byli
jeszcze w Chicago i nic nie zapowiadało wycieczki za miasto, gdy do kawiarni,
gdzie pili poranne cappucino, wpadł Chris i oznajmił, że dostał właśnie klucze
do domku nad jeziorem od swojego brata.
Droga była teraz węższa i Luke musiał nieco zwolnić. Melisa
zaczerpnęła powietrza w płuca i uśmiechnęła się do siebie. Już mogła wyobrazić
sobie chłodny poranek, gdy wyjdzie na ganek z kubkiem gorącej kawy i w
kompletnej ciszy będzie podziwiać panoramę ze wschodzącym słońcem. Lucinda
zaśmiała się perliście, gdy im oczom ukazała się mała drewniana chatka. Była w
nieco gorszym stanie niż się spodziewali, ale przecież mają tu spędzić tylko
dwie noce.
Po kolacji otworzyli kolejną butelkę wina, z lasu, co jakiś
czas, dochodziły ich uszu odgłosy leśnych zwierząt. Chris w końcu podważył
wieko starej skrzyni i z triumfem wyciągnął dubeltówkę. Melisa, o najbardziej
romantycznym i melancholijnym uspobieniu, przysunęła się do kufra i zaczęła
przeglądać resztę skarbów. Śmiejąc się radośnie, wyszarpała spod ciężkich
pułapek myśliwskich opasły tom. Ze swym znaleziskiem usiadła obok Luke’a, który
od razu oplótł ją opiekuńczym i umięśnionym ramieniem.
- Księga czarówZła... – Melisa zawahała się, czy powinna
dalej czytać.
- Ach, kochanie, nie ma się czego bać – Lucinda opróżniła
swój kieliszek i podsunęła go Chrisowi po dolewkę.
- Och, masz rację – dziewczyna uśmiechnęła się zakłopotana,
przerzuciła kartkę – O! tu coś jest:
nieostrożny wędrowcze co te słowa
czytasz
już nikogo więcej o drogę nie zapytasz
Zło największe wkrótce przyjdzie
bez twej głowy już nie wyjdzie
krwi upuści nie dla zdrowia
zaśnie na wsze wieki twoja głowa...
- Och! – Melisa wypuściła książkę i zaczęła drżeć na całym
ciele. Luke uśmiechnął się pobłażliwie.
- Nie czytajmy już tych bzdur, lepiej może posłuchamy
muzyki?
W tym momencie usłyszeli pukanie do drzwi. Melisa krzyknęła
i zaczęła płakać. Lucinda przytuliła przyjaciółkę, żeby ją uspokoić. Chris
wziął wiatrówkę i ruszył do drzwi.
Na ganku stał mężczyzna.
- Widziałem światło i pomyślałem, że może mi pomożecie...
Złapałem gumę, a nie mam zapasowego koła. Może mógłbym skorzystać z waszego
telefonu?
Luke zaprosił go do środka i zaprowadził do salonu.
Mężczyzna spojrzał na dziewczęta i złowrogo się uśmiechnął:
- To ty mnie wezwałaś – wskazał palcem na jeszcze
roztrzęsioną Melisę. W tym momencie jego skóra zaczęła się przeobrażać: na
wierzch wystąpiły ropiejące wrzody, oczy zaszły czerwoną mgłą, z ust zaczęły
wydobywać się zielone opary. Monstrum postąpiło do przodu i splunęło na
sparaliżowaną ze strachu dziewczynę.
Luke najszybciej się ocknął: porwł pogrzebacz i wbił jego
ostry koniec w głowę potwora. Rozległ się złowrogi pomruk i z bulgotem i
syczeniem mózg zaczął wylewać się na ziemię. Lucinda zaczęła krzyczeć,
poderwała się i wybiegła z domu prosto w las. Zombie, choć bez kawałka czaszki,
niezgrabnie, ale bardzo szybko ruszyło za nią.
Lucinda przedzierała się przez niskie gałęzie i krzyczała.
Zdążyła już porwać całe ubranie, na policzku miała głęboką szramę, jednak nie
zatrzymywała się, bo wciąż słyszała odgłos pogoni za sobą. Poczuła lepką dłoń
na swojej kostce i runęła prosto w kłujące trawy. Potwór pochylił się nad nią i
splunął prosto w jej rozwarte z przerażenia usta...
Melisa leżała nieprzytomna na kanapie, Luke zmieniał jej
okład na głowie. Biedaczka, zemdlała ze strach i uderzyła głową w kant stołu.
Chris niespokojnie, ze strzelbą gotową do strzału, wyglądał na ganek.
Nagle w oddali ujrzał smukłą sylwetkę Lucindy. Z okrzykiem
radości odrzucił broń i biegiem do niej ruszył. Gdy był oddalony zaledwie o
metr, zorientował się, że coś jest nie tak. Zatrzymał się i spojrzał uważnie na
swoją narzeczoną. W jej twarzy brakowało gałek ocznych, a z sutków jej piersi
sączyła się zielona maź. Krzyknął rozpaczliwie, a jednak nie mógł się
zdecydować, żeby uciec:
- Lucindo, to ja... Lucindo, co ci się stało?
Zombie wydało nieartykułowany dźwięk i schwyciło chłopaka za
włosy. Odmieniona Lucinda podniosła go do góry i zaczęła kręcić się wkoło. Nie
krzyczał zbyt długo, gdyż po trzech obrotach korpus oderwał się od szyi.
Ten przeraźliwy odgłos doszedł do uszu Luke’a. Poderwał się
i pobiegł zabarykadować drzwi, aby móc lepiej bronić siebie i swej ukochanej. Z
ulgą zasunął ciężki rygiel. Wszedł do salonu i zobaczył, że Lucinda stoi przy
oknie. W ręce trzymała pogrzebacz i miała puste oczy.
- Musisz do nas dołączyć, kochanie... Zobaczysz jaki
będziesz szczęśliwy – zaskrzeczała i rzuciła się na niego. Luke w ostatniej
chwili złapał broń i wystrzelił jej prosto w głowę. Łzy napłynęły mu do oczu,
gdy zdekapitowane ciało upadło na deski podłogi. Uklęknął i mocno przytulił
szybko zmieniający się i lepki korpus. Nagle poczuł rękę zaciskającą się na
jego tchawicy. Nie mógł nawet krzyknąć. Druga ręka wbiła się w jego trzewia
wyrwała jelita, po czym sprawnie zostały owinięte wokół jego szyi. Gdy padał
bezwładnie na ziemię, jego twarz nadal wyrażała pełne niedowierzanie.
Ociekająca zielonym śluzem postać usiadła na ganku i
skierowała szczątki głowy z jednym okiem w stronę wschodzącego słońca.
Zapowiadał się piękny dzień, może wieczorem wybiorą się do pobliskiej wioski,
żeby poszukać kolejnych ofiar? Usłyszała skrzypienie drzwi i z chaty wyszedł
zombie pokryty krwią i wrzodami, usiadł obok niej i mocno ją przytulił do
poszarpanych mięśni swego ramienia.
THE
END
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz