Kiedy bogowie Atoli Madrigal budzą się
1.
Biegł bez utraty tchu
przez kolejne mroczne korytarze świątyni. Wiedział, że to, co trzyma w ręce
może uratować świat. I chociaż miał na sobie pełna zbroję, łuk, kołczan pełen
strzał, dwa miecze i trzy sztylety, poruszał się bezszelestnie. Nawet gdyby
biegł po metrowej warstwie suchych gałązek, nikt by go nie usłyszał. Był
czarnym elfem. Przez kilka stuleci ćwiczył się w sztuce walki, cichym chodzie
po mieście, wsi i innych lasach. I chociaż w Zanzibarze, jego ojczyźnie zdrada,
oszustwo, podłe zachowanie i złe maniery przy stole są na porządku dziennym, to
jednak on wiedział, że nie chce i nie może taki być. W jego sercu zawsze czaiło
się to uczucie, chęci bycia dobrym. Dlatego już od ponad dwustu lat błąkał się
po świecie, wygnany, niesłusznie oczywiście, ze swojej ojczyzny. A teraz mógł
pokazać, że to wszystko to nie był pic na wodę, fotomontaż. Teraz naprawdę mógł
zrobić coś dobrego.
Falflinie,
jego towarzyszce, albinosce o przenikliwych czerwonych oczach, zawsze
imponowały jego zdolności. Uwielbiała patrzeć na jego kocie, subtelne i
delikatnie zwiewne ruchy. Sama jednak nie była o wiele gorsza. Córka żywiołaka
wiatru i zwykłego śmiertelnika, umiała jak nikt posługiwać się wielką maczugą.
2.
Teraz
jednak uwielbienie siebie i swojego(-j) towarzysza(-ki) nic by nie dało,
ponieważ w ich rękach ważyły się losy Atoli Madrigal.
Kolejny
korytarz wyglądał jak każdy inny, poprzedni. Arlekin (a tak się nazywał nasz
czarny elf) jednak zatrzymał się i zaczął uważnie osłuchiwać, i obwąchiwać ściany.
-
Czujesz coś? – spytała Falflina.
-
Ktoś się zbliża. – odpowiedział, wyciągając przy tym, jak zwykle bezszelestnie
dwa miecze. Miecze, które zostały wykute specjalnie dla niego z metalu
pochodzącego z meteorytu. Miecze, które niejednokrotnie zasmakowały krwi
niecnych i złych potworów, które odważyły się stanąć na drodze czarnego elfa.
3.
Falflina,
chociaż nic nie poczuła, ani przez chwilę nie wątpiła w niezwykłe zdolności
Arlekina. I po chwili także usłyszała jakiś szmer, który zmieniał się stopniowo
w wyraźne kroki.
Nagle z ciemność, na
drugim końcu korytarza pojawiło się... Czterech straszliwych i okrutnych, ale
za to bezdennie głupich orków, którzy zauważywszy bohaterów rzucili się na nich
z niewątpliwie równie straszliwym i okrutnym okrzykiem. Wielkie topory będące w
ich posiadaniu zatrwożyłyby na pewno niejednego człowieka. To jednak nie było
wystarczająco straszliwe i okrutne dla Arlekina i Falfliny, którzy spokojnie
czekali, aż orkowie do nich dobiegną.
Pierwszy
z czterech potworów zanim zdążył zauważyć miecze czarnego elfa i powiedzieć
dalszą cześć zdania składającego się z samogłoski „a”, leżał już na ziemi,
trzymając się za gardło, brocząc swą ciemną krwią. Drugi wytrzymał tylko chwilę
dłużej, kiedy to maczuga Falfliny trafiła go prosto w nos. Tryskająca krew
szybko pokryła jedną ze ścian korytarza.
Dwaj
pozostali orkowie wykazując się niezwykłą inteligencją, nie zaatakowali od
razu.
Arlekin doskoczywszy do
jednego wymierzył szybki cios mieczem w stronę piersi jednego. Ten jednak
gładko sparował i wyprowadził cios prosto w stronę głowy elfa. Ten jednak lekko
się schylając uniknął dekapitacji i topór tylko przeraźliwie zazgrzytał na
ścianie. Następny cios elfa także nie dotarł do ciała orka, ponieważ ten widząc
nadciągającą śmierć zdążył odbić cios Arlekina. To jednak nie pomogło mu za
bardzo, ponieważ zapomniał, że jego przeciwnik miał dwa miecze. Odbijając
jeden, nie zauważył jak drugi gładko zatapia się w miękkie podbrzusze. Po
chwili stękając padł na ziemię zasilając tym samym i tak już spore ilości krwi
na podłodze.
Walka
Falfliny z ostatnim orkiem, także nie zatrzymała się na jednym ciosie.
Albinoska musiała kilkakrotnie unikać potężnych machnięć topora, co jednak nie
przeszkodziło jej w zadaniu dwóch uderzeń w kolana orka, który z popękanymi
doszczętnie kośćmi, musiał upaść. To był jego koniec, olbrzymia maczuga, niczym
grom z pochmurnego nieba spadła na jego klatkę piersiową. Wielkie cielsko orka
zwaliło się na ziemię, by po krótkim momencie zastygnąć w bezruchu.
Biegli
dalej. Korytarze były coraz ciemniejsze a zło, które czaiło się w każdym
zakamarku świątyni, powoli zaczynało się materializować. Mogło się wydawać, że
zastępowało powietrze. Przy każdym oddechu w ich płucach znajdowały się kolejne
drobinki złowrogiego Zła.
4.
Biegli i biegli a liczba
orków uzupełniających krew, która zasychała na podłodze stale się powiększała.
Wszystkie te walki pozostawiły jednak Arlekinowi i albinosce Falflinie kilka
ran, z których powolutku, acz nieubłaganie sączyła się dla nich ta drogocenna
ciecz – krew, której już hektolitry zalewały mroczne korytarze świątyni. Jednak
czarny elf myślał tylko o tym, by jak najszybciej dostać się do głównej sali
świątyni. I miał nadzieję, że nie będzie za późno.
5.
-
Kiedy to się skończy, cały ten świat upadnie a na jego zgliszczach, ja stworzę
nowy. Lepszy świat. Świat, którego ja będę władcą. – pomyślał śmiejąc się wielki,
zły mag, Abrakadabus, w zaciszu wielgachnego, głównego pomieszczenia świątyni.
To tutaj spędził ostatnie kilka lat w celu ziszczenia swojego niezwykle
niecnego i straszliwego w skutkach masterplanu zniszczenia świata. Obudzenie
bogów Atoli Madrigal uważał za swój najgenialniejszy pomysł, od czasu różdżki
większego odwszawiania.
- Pozostały już tylko
minuty do skończenia się tego świata i nikt mi nie przeszkodzi. – dopowiedział
sobie w myślach wielki, zły mag Abrakadabus.
6.
- To te drzwi. – powiedział
Arlekin, wskazując na zdumiewająco małe, jak na prowadzące do głównego pomieszczenia
świątyni, drzwi.
- Tak to muszą być te
drzwi. – odpowiedziała mu Falflina. – Spróbujmy otworzyć je razem.
Gdy natarli na drzwi
otworzyły się one od razu. Było to tak zdumiewające dla elfa i albinoski, że o
mało nie przewrócili się. Udało im się jednak jakoś utrzymać na nogach. Przy
tym jednak na ułamek sekundy ich ciała się zetknęły. Falflina poczuła jak
dreszcz przebiega po jej niezwykle umięśnionym ciele. Od razu jednak się
opanowała, wiedziała, że to czas i miejsce na jakiekolwiek uczucie. Poza tym
nie wiedziała nawet Arlekin czuje do niego cokolwiek. Nie wiedziała też, że już
wkrótce będzie miała to już wiedzieć.
Hałas spowodowany ich
wtargnięciem, sprawił, że wielki, zły mag Abrakadabus usłyszał, że ktoś wszedł
do jego tajemnego sanktuarium.
7.
- O szubrawcy, czemu
zakłócacie moje, tajemne przyzywanie bogów Atoli, które ma zniszczyć ten świat,
żebym mógł stworzyć nowy, którym bym rządził. – wykrzyknął wielki i zły mag. – Ale
teraz to nie ma większej różnicy nawet, jeśli chcecie mi w tym przeszkodzić, to
nie uda się wam. Jedyna rzecz, jaka mogłaby w tym przeszkodzić to księga,
która... – Tu zamilkł na chwilę.
– A ty czarny elfie,
dziecko ciemnego zła, czemu chcesz mi przeszkodzić? Powinieneś być tu, u mego
boku. W przyszłym świecie przyda mi się, ktoś taki jak ty.
- Tak jestem czarnym
elfem, ale wyrzekłem się swej ciemnozłowrogiej natury już dawno, teraz walczę
po stronie dobra.
- Dobra? – wybuchnął
wielki i zły mag. – Nawet, jeśli to i tak nic nie zdziałasz, bo nie masz... –
Tu zachwiał się na chwilę, ponieważ spojrzał, co przez ten cały czas trzymał
Arlekin w ręce.
8.
- Nie, to niemożliwie.
Nie możesz mieć księgi „Co robić jak jakiś wielki i zły mag, postanowi
zniszczyć świat, by stworzyć nowy, by mógł nim rządzić”. – wykrzyknął doniośle
a echo mu zawtórowało.
- A
jednak. I zamierzam jej użyć.
W
tym momencie Abrakadabus wystrzelił w kierunku Arlekina ognistą kulę i tylko
wyuczona umiejętność niezwykle skutecznego uniku, pozwoliła mu uniknąć śmierci
w płomieniach. Na ten atak czarny elf mógł odpowiedzieć tylko jednym. Wyciągnął
swój wystrugany z najtrwalszego i zarazem najbardziej giętkiego drzewa w
Zanzibarze łuk, i naciągnął strzałę. Zanim pierwsza osiągnęła swój cel, czyli
wielkie i złego serce, wielkiego i złego maga, wypuścił kolejną i kolejną.
Zanim
Abrakadabus zdążył pomyśleć, że trzeba było pozostać przy ulepszaniu
odwszawiania, już nie żył. Tym razem to jego krew rozlała się na posadzkę.
W
tym momencie pierwsze belki ze stropu świątyni zaczęły spadać na podłogę
wielgachnego, głównego pomieszczenia świątyni.
9.
-
Szybko Falflino, musimy uratować świat.
Arlekin
szybko podbiegł do ciała Abrakadabusa, stając tym samym na środku wielgachnego
pomieszczenia i otworzył księgę.
10.
Te
kilka sekund, wydawały się dla Arlekina wiecznością. Gdy otworzył książkę,
myślał, że za chwilę będzie po wszystkim, że wreszcie udowodni, że czarne elfy
też mogą być dobre. To jednak nie miało nastąpić...
-
Do stu tysięcy sztyletów wbitych w mą pierś. – wykrzyknął Arlekin. – Wziąłem
nie tą księgę!
11.
Ręce
opadły mu ze zdumienia i rezygnacji. Upadł na kolana i zaczął cicho szlochać.
Wszystko było stracone, całe jego życie, tego wszystkie lata zostały
zaprzepaszczone.
Falflina,
która przez chwilę nie wiedziała co robić, ale kiedy włączył się już instynkt
macierzyński, podbiegła do Arlekina i objęła go.
Nagle
elf poczuł się dobrze. Tak jakby odnalazł swoje miejsce. Podniósł wzrok i
spojrzał prosto w oczy swojej towarzyszki. To, co zobaczył w jej oczach,
przyprawiło go o dreszcze (które nawiedzały, także Falflinę od pierwszego
momentu zetknięcia ich ciał), przechodzące prawie w drgawki. Zobaczył coś,
czego nigdy nie doświadczył, najpiękniejszą i najszczerszą miłość.
Powoli
zbliżył twarz do twarzy Falfliny. Nie świadomy tego, że chyba jednak powinien
się śpieszyć, zaczął powoli całować jej włosy, czoło, nos i policzki schodząc
coraz niżej. Tylko temu, że kiedy zatrzęsła się posadzka, ich usta wreszcie się
zetknęły, można przypisać to, że czarny elf tego nie wyczuł.
Jego
palce, które przed chwilą były w jej włosach, teraz znajdowały się o wiele
niżej i mocowały się w zapięciem kolczugi. Falflina jakby bardziej doświadczona
o wiele szybciej poradziła sobie z pełną zbroją i całą zbroją elfa.
Po
chwili zupełnie nadzy, przez chwilę tylko patrzyli sobie w oczy, czując kolejne
dreszcze przebiegające do ich niezwykle gładkich i umięśnionych ciałach. Leżąc
już na ołtarzu, z wrodzoną delikatnością całowali się nawzajem, po rozlicznych
bliznach doznanych podczas rozlicznych walk.
12.
Tylko
temu, że kiedy cała świątynia zatrzęsła się w posadach i jedyne, co dało się
słyszeć to potężne ziewnięcie, Arlekin i Falflina byli dokładnie w środku
miłosnego uniesienia można przypisać to, zupełnie tego nie zauważyli.
Pierwsze
kamienie zaczęły spadać z sufitu. Bogowie Atoli Madrigal właśnie się obudzili.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz