poniedziałek, 2 grudnia 2013

Atoli (Mikołaj)

Wyblakłe powietrze i wapienny, zasadowy w nim posmak, residuum poprzedniego wieczoru. Jakby trawiło moją z ścierpłą od wygniecionej pościeli skórę, rzadkie i trujące. Wtorek. 8:13. Pierwsza rzecz jaka przyszła mi do głowy, to że już jestem spóźniony do pracy, już za późno żeby zdążyć a zbyt wcześnie żeby się wyspać… wyżłobiony w pamięci nawyk - poczucie bezpieczeństwa, szorstka stabilność rutyny. Teraz tak nonsensowne. Denerwowało mnie, że nadal podlegam temu martwemu bezwładowi, szczególnie teraz, kiedy wszystko to obrócone zostało w ruinę, całe moje życie, cały ja, bezbronny, nagi, zaszczuty przez samego siebie, cały czas budziłem się tuż po ósmej. Tylko to zostało, no i kwaśna kawa, suchy chleb z szynką, prysznic, bez którego nawet nie mogę zacząć myśleć, bose stopy na nierównej klepce z łuszczącym się lakierem. Światłowstręt.

W południe nadal siedziałem na skórzanym fotelu w naszym ciasnym salonie. Przyklejony do sztucznej skóry swoim spoconym grzbietem, jak świnia. Myślałem o tym że należy jakoś ten chlew który wyrósł wokół mnie przez ostatnie 48 godzin ogarnąć. O czymkolwiek. Byleby znów nie otworzyć butelki, zapomnieć o niej. Nawet gdybym chciał nie było by to możliwe, a ja nie chcę. Podniosłem się pozostawiając ślady pleców i ud na szarej sztucznej skórze, i zacząłem bez porządku zbierać chaotycznie porozrzucane przedmioty. Od wyjścia Magdy z domu chyba nic czego dotknąłem nie znalazło się z powrotem na swoim miejscu. Rzucałem się po domu nie wiedząc specjalnie czego się chwycić, o co mógłbym rozpaczliwie zahaczyć się i zapomnieć, chociaż na chwilę. Zlikwidowałem praktycznie cały barek i rozmroziłem lodówkę. Stała nadal otwarta, z jej umierającej żółtawo rozświetlonej mrugającą lampką gardzieli wydobywał się złowieszczy pomruk. Obficie krwawiła śmierdzącą, zatęchłą od zamrożonych w niej spożywczych woniach wodą. Trzeba będzie ją zamknąć zanim Magda wróci. Ja nie mogę śmierdzieć wódką, bo Magda nie uwierzy w porządek, jeśli go zrobię.

Spyta jak było w pracy i po mojej zdawkowej odpowiedzi zacznie opowiadać o swojej konwencji. Konferencji. Katastroficznie Kiełbaszącej się przez jej życie Katarakcie. Śmiać mi się chce jak o tym pomyślę. Nie potrafię nawet w słowach znaleźć w Magdzie czegoś, czego bym nie kochał. Także jej praca, i znajomi z nią związani przybliżali mi ją i dzięki nim stawała mi się tym bardziej droga. Wiem o niej prawie wszystko, a na pewno więcej niż ona sama. Może gdyby tym razem nie wyjechała to wszystko było by inaczej, jakoś się ułożyło. Jakoś się ułożyło. Też śmiać mi się chce na samą myśl… bo niby jak miało by się raptem ułożyć? Boję się o tym myśleć. Nie lubię wyznań i zwierzeń ale tchórz jestem i oczy zachodzą mi mgłą strachu kiedy zdaję sobie sprawę z tego co powinienem zrobić. Tak jak kiedy w młodości stykałem się na ulicy z grupką antagonistów starających się wyłudzić ode mnie pieniądze. Zawsze zabierali. Raz zdarzyło się że kazali mi zdjąć buty a ja stałem przerażony ze łzami wściekłości i nienawiści, bezradności, w oczach i bałem się że każdy ruch może okazać się zbyt gwałtowny.

Pensja, zgodnie z umową przychodzić będzie jeszcze przez kwartał. Może zatem zdążę znaleźć jakieś inne zajęcie i zdecydowanym tonem oświadczę: „zmieniłem branżę”. Boję się jej reakcji, wiem jaka będzie. Nie chodzi o pieniądze, co prawda ja zarabiałem więcej ale pensja Magdy spokojnie starczyła by na podstawowe wydatki, poza tym jesteśmy zabezpieczeni. Magda wie o tym. Magda nie wie co się ze mną dzieje. Boję się, że jak powiem jej że straciłem pracę to sama dorobi resztę, zacznie mi współczuć i znów się zbliżymy; a raczej ona się zbliży, znowu. Wybaczy mi cały zeszły rok. Zrozumie. Przecież na pewno nie wylali mnie z dnia na dzień, musiałem mieć trudny okres nie chciałem jej niepokoić… Lepiej żeby nadal nie wiedziała, żeby stała pomiędzy nami bariera jej cierpienia i niepewności która zmusza ją do tego nieznośnego dystansu niż żeby wmawiała sobie jakiś trywialny powód i ze względu na niego potrafiła mi wybaczyć wszystko czego nie rozumie. Nie może rozumieć, Magda moja kochana nigdy nie zrozumie…

Najpierw salon. Mimo że nie jest to najprywatniejszy kąt w naszym mieszkaniu, zawsze należał bardziej do gości niż do nas samych, to jego funkcje reprezentacyjne sprawiają że właśnie tam bałagan wydaje się najbardziej rażącym. Przemieściłem więc w obrębie salonu kilka z rozrzuconych przedmiotów i znów zapadłem w lepki fotel. Wrażenie było na tyle niemiłe że musiałem znaleźć jakiś sposób aby oddzielić się od jego powierzchni. Najbliżej był gruby płaszcz na wolnostojącym wieszaku w przedpokoju. Piękno mojego zaangażowania własnym dyskomfortem prysło w chwili kiedy śliska i ciepła podszewka płaszcza zakryła moje nagie plecy. Nie wróciłem do salonu z powodu obowiązku doprowadzenia go do ładu który przeze mnie samego narzucony niemal namacalnie wisiał tam w powietrzu. Udałem się do naszej sypialni. Krztusząc się ołowianą kulą w moim gardle przeszedłem obok naszego łóżka. Dopadłem parapetu jednego z dwóch okien i starałem się skupić na dymiących kominach i miękkich i mlecznobiałych dachach. Nie spałem tutaj od kiedy wyjechałaś. Zresztą spałem tylko raz kiedy dziś nad ranem zupełnie nieprzytomny zdarłem łóżka podwójną kołdrę którą sama wybrałaś i owinięty w nią  ległem na obitej zielonym pasiastym materiałem kozetki stojącej w małym przedpokoju. Mój organizm nie był już w stanie trawić alkoholu. Nie mogę być pijany jak wrócisz bo mi nie uwierzysz. Przecież i tak mi już nie wierzysz.

Za oknem było spokojnie i cicho. Biel zdawała się wciągać wszystko dookoła niczym bezkresna otchłań. Jakby nasz świat rozklejał się i wypuszczał z pomiędzy rozchodzących się swoich szwów ten brak czegokolwiek, antysubstancję  która ledwie wyzwolona, już pochłania wszystko inne, czyli po prostu wszystko. Niczym nie zmącona cicha zagłada. Białe i miękkie przechylanie się przez krawędź nieegzystencji. Ciekawe jak Łucji udał się wyjazd? Ciekawe jak…

Zakręciłem wodę w zlewie i obmyłem twarz. Dochodziła już trzecia. Na porządek coraz mniej czasu. Magda mówiła że będzie pomiędzy ósmą a dziewiątą, a potem oboje pojechali byśmy po Łucję…

Stałem przed jej pokojem w samym płaszczu i butelką zawierającą resztkę brandy którą częstuję znajomych. Wszedłem tu tylko raz. Kilka sekund po tym jak Magda zamknęła drzwi. Chciałem odczekać trochę jak szczeniak który chce napić się wódki z barku rodziców chociaż wie doskonale że kiedy wrócą zobaczą ubytek… dlatego dopełnia butelkę wodą. Czekanie dłużyło się w nieskończoność i dopiero jak położyłem rękę na klamce zorientowałem się że wciąż słyszę jej kroki na schodach. Już nie mogło mnie to powstrzymać. Stałem jakiś czas w otwartych drzwiach ściskając klamkę aż kostki moich dłoni bielały i nie wiedziałem co mam dalej zrobić. Spróbowałem przestąpić próg i skupić uwagę na jakimś przedmiocie. Czułem bezkresny lej czarnej smoły gotujący się w moim żołądku i z największym trudem dobrnąłem do barku. Krokiem oczywistym była wódka. Najbardziej przejrzysta, klarowna. Piłem najpierw używając naszych zielonych kieliszków do wódki, a potem prosto z butelki. Oglądając siebie w lustrze szafy jej pokoju powoli zamknąłem drzwi. Aż do tej chwili pozostawały zamknięte a ja piłem. I teraz piję otworzywszy je ponownie. Nic już jednak nie pomaga.

W przedpokoju gdzie spałem stoją jej buty, znacznie mniejsze od butów Magdy. Nienawidzę siebie że dlatego tam spałem. Że nie mogłem spać na naszym łóżku kiedy tam stały buty Łucji. Wszystko zaczęło mnie przerastać kiedy zaczęła zacierać się w mojej świadomości granica pomiędzy Magdą a Łucją. Teraz jest już między nimi czarna otchłań, ziejąca przepaść ohydy której nie mogę znieść, która wciąga mnie drąc moje ciało o skaliste krawędzie. Nie mam siły podnieść się z kolan. Przede mną powiększ się kałuża strawionych resztek i łzy ciekną mi po twarzy.

Jeżeli teraz wstanę to zdążę jeszcze sprzątnąć, chociaż pobieżnie. Powiem że Gustaw z Tomaszem wpadli na wieczór i nieco nas poniosło w męskim towarzystwie. Magda to zrozumie. Zawsze była niezwykła w takich okazjach. Powie że ona ogarnie to co zostało a ja odbiorę Łucję… Nie wstanę z kolan.

Pamiętam ten nieuchwytny gest kiedy złamała się moja dusza, kiedy szczelina nie do zasklepienia przecięła taflę mojego życia i od tego czasu tylko rosła by wreszcie pochłonąć mnie tutaj w przedpokoju w kałuży własnych wymiocin ze łzami cieknącymi ciurkiem po twarzy. Robiła gwiazdę na soczystym trawniku przed domem matki Magdy. Zawsze zachowywała się znacznie mniej poważnie niż jej wiek by na to wskazywał. Zresztą nie było w tym nic żenującego, ćwiczyła w końcu gimnastykę. Była taka śliczna. Za każdym razem lekko zginała nogę w kolanie. Robiła to tak uroczo, tłumaczyła mi że jeszcze musi poćwiczyć a ja zapewniałem ją że świetnie jej idzie. A może wyimaginowałem sobie że to wtedy się zaczęło?

- Tato, co to jest atoli?
- Hmm?
- co to jest atoli?
- co to znaczy, to nie nazwa.
- co to znaczy?
- to to samo, co „azaliż”. Mniej więcej.
Roześmiałem się. Skąd jej to „atoli” do głowy przyszło? Miała wtedy 13 lat.

Wstanę. Och, zdążę. Magda. Będzie za niecałą godzinę, jak dobrze pójdzie. Szmaty wrzucę do pralki, szklanki i całą resztę skorup do zmywarki, a szmaty upchnę do łóżka. Powiem że marnie się czuję i żeby sama pojechała. Wtedy dokończę. Moja Magda. Co ja jej robię? Co ja robię? Nie zdążę się umyć.

Lada chwila będzie. Już nie klęczę. Czy mogłem tak przeżyć utratę tej żałosnej posady? Czy ona uwierzy? Musi, kocha mnie, nie wytrzymuje już tej niepewności, milczenia, mojej obojętności. Wybaczy mi. Nawet jak znajdzie mnie leżącego w przedpokoju, w płaszczu, och gdyby ten jej cały cyrk trwał jeszcze dzień dwa. Muszę się podnieść. Co ona pomyśli o pokoju Łucji? Dlaczego jest zamknięty? Dlaczego tak różni się od pobojowiska jakim stał się nasz dom… nie pomyśli wściekła będzie że panuje tu taki burdel. Każe mi sprzątnąć i sama pojedzie. Tylko się umyć żeby nie zaczęła pytać, litować się. Potem powiem że mnie wylali. Nie mogę wstać potykam się o rozrzucone w przedpokoju buty. Wszystkie butelki są puste. Domofon.

Już jest na schodach. Och Magdo. Zapomnij czegoś z taksówki. Wstanę. Zamknę się w łazience i poczekam pod prysznicem na jej zdenerwowaną twarz. Tylko się podnieść…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz