Wyblakłe
powietrze i wapienny, zasadowy w nim posmak, residuum poprzedniego wieczoru.
Jakby trawiło moją z ścierpłą od wygniecionej pościeli skórę, rzadkie i
trujące. Wtorek. 8:13. Pierwsza rzecz jaka przyszła mi do głowy, to że już
jestem spóźniony do pracy, już za późno żeby zdążyć a zbyt wcześnie żeby się
wyspać… wyżłobiony w pamięci nawyk - poczucie bezpieczeństwa, szorstka
stabilność rutyny. Teraz tak nonsensowne. Denerwowało mnie, że nadal podlegam
temu martwemu bezwładowi, szczególnie teraz, kiedy wszystko to obrócone zostało
w ruinę, całe moje życie, cały ja, bezbronny, nagi, zaszczuty przez samego
siebie, cały czas budziłem się tuż po ósmej. Tylko to zostało, no i kwaśna
kawa, suchy chleb z szynką, prysznic, bez którego nawet nie mogę zacząć myśleć,
bose stopy na nierównej klepce z łuszczącym się lakierem. Światłowstręt.
W południe nadal
siedziałem na skórzanym fotelu w naszym
ciasnym salonie. Przyklejony do sztucznej skóry swoim spoconym grzbietem, jak
świnia. Myślałem o tym że należy jakoś ten chlew który wyrósł wokół mnie przez
ostatnie 48 godzin ogarnąć. O czymkolwiek. Byleby znów nie otworzyć butelki, zapomnieć
o niej. Nawet gdybym chciał nie było
by to możliwe, a ja nie chcę. Podniosłem się pozostawiając ślady pleców i ud na
szarej sztucznej skórze, i zacząłem bez porządku zbierać chaotycznie
porozrzucane przedmioty. Od wyjścia Magdy z domu chyba nic czego dotknąłem nie
znalazło się z powrotem na swoim miejscu. Rzucałem się po domu nie wiedząc
specjalnie czego się chwycić, o co mógłbym rozpaczliwie zahaczyć się i
zapomnieć, chociaż na chwilę. Zlikwidowałem praktycznie cały barek i
rozmroziłem lodówkę. Stała nadal otwarta, z jej umierającej żółtawo
rozświetlonej mrugającą lampką gardzieli wydobywał się złowieszczy pomruk.
Obficie krwawiła śmierdzącą, zatęchłą od zamrożonych w niej spożywczych woniach
wodą. Trzeba będzie ją zamknąć zanim Magda wróci. Ja nie mogę śmierdzieć wódką,
bo Magda nie uwierzy w porządek, jeśli go zrobię.
Spyta jak było w
pracy i po mojej zdawkowej odpowiedzi zacznie opowiadać o swojej konwencji.
Konferencji. Katastroficznie Kiełbaszącej się przez jej życie Katarakcie. Śmiać
mi się chce jak o tym pomyślę. Nie potrafię nawet w słowach znaleźć w Magdzie
czegoś, czego bym nie kochał. Także jej praca, i znajomi z nią związani przybliżali
mi ją i dzięki nim stawała mi się tym bardziej droga. Wiem o niej prawie
wszystko, a na pewno więcej niż ona sama. Może gdyby tym razem nie wyjechała to
wszystko było by inaczej, jakoś się ułożyło. Jakoś się ułożyło. Też śmiać mi się chce na samą myśl… bo niby jak
miało by się raptem ułożyć? Boję się o tym myśleć. Nie lubię wyznań i zwierzeń
ale tchórz jestem i oczy zachodzą mi mgłą strachu kiedy zdaję sobie sprawę z
tego co powinienem zrobić. Tak jak kiedy w młodości stykałem się na ulicy z
grupką antagonistów starających się wyłudzić ode mnie pieniądze. Zawsze
zabierali. Raz zdarzyło się że kazali mi zdjąć buty a ja stałem przerażony ze
łzami wściekłości i nienawiści, bezradności, w oczach i bałem się że każdy ruch
może okazać się zbyt gwałtowny.
Pensja, zgodnie z
umową przychodzić będzie jeszcze przez kwartał. Może zatem zdążę znaleźć jakieś
inne zajęcie i zdecydowanym tonem oświadczę: „zmieniłem branżę”. Boję się jej
reakcji, wiem jaka będzie. Nie chodzi o pieniądze, co prawda ja zarabiałem więcej
ale pensja Magdy spokojnie starczyła by na podstawowe wydatki, poza tym
jesteśmy zabezpieczeni. Magda wie o tym. Magda nie wie co się ze mną dzieje.
Boję się, że jak powiem jej że straciłem pracę to sama dorobi resztę, zacznie
mi współczuć i znów się zbliżymy; a raczej ona się zbliży, znowu. Wybaczy mi
cały zeszły rok. Zrozumie. Przecież
na pewno nie wylali mnie z dnia na dzień, musiałem mieć trudny okres nie
chciałem jej niepokoić… Lepiej żeby nadal nie wiedziała, żeby stała pomiędzy
nami bariera jej cierpienia i niepewności która zmusza ją do tego nieznośnego
dystansu niż żeby wmawiała sobie jakiś trywialny powód i ze względu na niego
potrafiła mi wybaczyć wszystko czego nie rozumie. Nie może rozumieć, Magda moja
kochana nigdy nie zrozumie…
Najpierw salon.
Mimo że nie jest to najprywatniejszy kąt w naszym mieszkaniu, zawsze należał
bardziej do gości niż do nas samych, to jego funkcje reprezentacyjne sprawiają
że właśnie tam bałagan wydaje się najbardziej rażącym. Przemieściłem więc w
obrębie salonu kilka z rozrzuconych przedmiotów i znów zapadłem w lepki fotel.
Wrażenie było na tyle niemiłe że musiałem znaleźć jakiś sposób aby oddzielić
się od jego powierzchni. Najbliżej był gruby płaszcz na wolnostojącym wieszaku
w przedpokoju. Piękno mojego zaangażowania własnym dyskomfortem prysło w chwili
kiedy śliska i ciepła podszewka płaszcza zakryła moje nagie plecy. Nie wróciłem
do salonu z powodu obowiązku doprowadzenia go do ładu który przeze mnie samego
narzucony niemal namacalnie wisiał tam w powietrzu. Udałem się do naszej
sypialni. Krztusząc się ołowianą kulą w moim gardle przeszedłem obok naszego
łóżka. Dopadłem parapetu jednego z dwóch okien i starałem się skupić na
dymiących kominach i miękkich i mlecznobiałych dachach. Nie spałem tutaj od
kiedy wyjechałaś. Zresztą spałem tylko raz kiedy dziś nad ranem zupełnie
nieprzytomny zdarłem łóżka podwójną kołdrę którą sama wybrałaś i owinięty w
nią ległem na obitej zielonym pasiastym
materiałem kozetki stojącej w małym przedpokoju. Mój organizm nie był już w
stanie trawić alkoholu. Nie mogę być pijany jak wrócisz bo mi nie uwierzysz.
Przecież i tak mi już nie wierzysz.
Za oknem było
spokojnie i cicho. Biel zdawała się wciągać wszystko dookoła niczym bezkresna
otchłań. Jakby nasz świat rozklejał się i wypuszczał z pomiędzy rozchodzących
się swoich szwów ten brak czegokolwiek, antysubstancję która ledwie wyzwolona, już pochłania
wszystko inne, czyli po prostu wszystko. Niczym nie zmącona cicha zagłada.
Białe i miękkie przechylanie się przez krawędź nieegzystencji. Ciekawe jak
Łucji udał się wyjazd? Ciekawe jak…
Zakręciłem wodę w
zlewie i obmyłem twarz. Dochodziła już trzecia. Na porządek coraz mniej czasu.
Magda mówiła że będzie pomiędzy ósmą a dziewiątą, a potem oboje pojechali byśmy
po Łucję…
Stałem przed jej pokojem
w samym płaszczu i butelką zawierającą resztkę brandy którą częstuję znajomych.
Wszedłem tu tylko raz. Kilka sekund po tym jak Magda zamknęła drzwi. Chciałem
odczekać trochę jak szczeniak który chce napić się wódki z barku rodziców
chociaż wie doskonale że kiedy wrócą zobaczą ubytek… dlatego dopełnia butelkę
wodą. Czekanie dłużyło się w nieskończoność i dopiero jak położyłem rękę na
klamce zorientowałem się że wciąż słyszę jej kroki na schodach. Już nie mogło
mnie to powstrzymać. Stałem jakiś czas w otwartych drzwiach ściskając klamkę aż
kostki moich dłoni bielały i nie wiedziałem co mam dalej zrobić. Spróbowałem
przestąpić próg i skupić uwagę na jakimś przedmiocie. Czułem bezkresny lej
czarnej smoły gotujący się w moim żołądku i z największym trudem dobrnąłem do
barku. Krokiem oczywistym była wódka. Najbardziej przejrzysta, klarowna. Piłem
najpierw używając naszych zielonych kieliszków do wódki, a potem prosto z
butelki. Oglądając siebie w lustrze szafy jej pokoju powoli zamknąłem drzwi. Aż
do tej chwili pozostawały zamknięte a ja piłem. I teraz piję otworzywszy je
ponownie. Nic już jednak nie pomaga.
W przedpokoju
gdzie spałem stoją jej buty, znacznie mniejsze od butów Magdy. Nienawidzę
siebie że dlatego tam spałem. Że nie mogłem spać na naszym łóżku kiedy tam
stały buty Łucji. Wszystko zaczęło mnie przerastać kiedy zaczęła zacierać się w
mojej świadomości granica pomiędzy Magdą a Łucją. Teraz jest już między nimi
czarna otchłań, ziejąca przepaść ohydy której nie mogę znieść, która wciąga
mnie drąc moje ciało o skaliste krawędzie. Nie mam siły podnieść się z kolan.
Przede mną powiększ się kałuża strawionych resztek i łzy ciekną mi po twarzy.
Jeżeli teraz
wstanę to zdążę jeszcze sprzątnąć, chociaż pobieżnie. Powiem że Gustaw z
Tomaszem wpadli na wieczór i nieco nas poniosło w męskim towarzystwie. Magda to
zrozumie. Zawsze była niezwykła w takich okazjach. Powie że ona ogarnie to co
zostało a ja odbiorę Łucję… Nie wstanę z kolan.
Pamiętam ten
nieuchwytny gest kiedy złamała się moja dusza, kiedy szczelina nie do
zasklepienia przecięła taflę mojego życia i od tego czasu tylko rosła by
wreszcie pochłonąć mnie tutaj w przedpokoju w kałuży własnych wymiocin ze łzami
cieknącymi ciurkiem po twarzy. Robiła gwiazdę na soczystym trawniku przed domem
matki Magdy. Zawsze zachowywała się znacznie mniej poważnie niż jej wiek by na
to wskazywał. Zresztą nie było w tym nic żenującego, ćwiczyła w końcu
gimnastykę. Była taka śliczna. Za każdym razem lekko zginała nogę w kolanie.
Robiła to tak uroczo, tłumaczyła mi że jeszcze musi poćwiczyć a ja zapewniałem
ją że świetnie jej idzie. A może wyimaginowałem sobie że to wtedy się zaczęło?
- Tato, co to
jest atoli?
- Hmm?
- co to jest
atoli?
- co to znaczy,
to nie nazwa.
- co to znaczy?
- to to samo, co
„azaliż”. Mniej więcej.
Roześmiałem się.
Skąd jej to „atoli” do głowy przyszło? Miała wtedy 13 lat.
Wstanę. Och,
zdążę. Magda. Będzie za niecałą godzinę, jak dobrze pójdzie. Szmaty wrzucę do
pralki, szklanki i całą resztę skorup do zmywarki, a szmaty upchnę do łóżka.
Powiem że marnie się czuję i żeby sama pojechała. Wtedy dokończę. Moja Magda.
Co ja jej robię? Co ja robię? Nie zdążę się umyć.
Lada chwila
będzie. Już nie klęczę. Czy mogłem tak przeżyć utratę tej żałosnej posady? Czy
ona uwierzy? Musi, kocha mnie, nie wytrzymuje już tej niepewności, milczenia,
mojej obojętności. Wybaczy mi. Nawet jak znajdzie mnie leżącego w przedpokoju,
w płaszczu, och gdyby ten jej cały cyrk trwał jeszcze dzień dwa. Muszę się
podnieść. Co ona pomyśli o pokoju Łucji? Dlaczego jest zamknięty? Dlaczego tak
różni się od pobojowiska jakim stał się nasz dom… nie pomyśli wściekła będzie
że panuje tu taki burdel. Każe mi sprzątnąć i sama pojedzie. Tylko się umyć
żeby nie zaczęła pytać, litować się. Potem powiem że mnie wylali. Nie mogę
wstać potykam się o rozrzucone w przedpokoju buty. Wszystkie butelki są puste.
Domofon.
Już jest na
schodach. Och Magdo. Zapomnij czegoś z taksówki. Wstanę. Zamknę się w łazience
i poczekam pod prysznicem na jej zdenerwowaną twarz. Tylko się podnieść…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz