Szedłem powoli. Nie spieszyło
mi się już nigdzie. Sprawa wydawała się zamknięta, choć nawet nieustannie
siąpiący deszcz i śliskie powierzchnie bruku nie mogły ani na chwilę przeszkodzić
mi o niej myśleć. Jak dawno? Nie pamiętam od kiedy zajmuję się tą sprawą i
tylko nią. Nawet zacząłem o niej myśleć w ciągłym czasie teraźniejszym.
Przynajmniej o tym wiem. Jeszcze.
Wszystko zaczęło się pewnego
pięknego dnia w podwarszawskim ogrodzie. Słońce przypiekało niemiłosiernie,więc
starałem się jak najszybciej doczołgać do jakiegoś cienia. Śluzu było jak kot
napłakał, dawno już nie piłem, więc wlokłem się strasznie powoli tym bardziej,
że głowę tak naprawdę miałem zaprzątniętą zupełnie innymi sprawami.
Zastanawiałem się, a o ile pamiętam zastanawiałem się nad tym od zawsze, jak to
się dzieje, że widziałem już tak wielu, którzy starali się przejść przez, jak
zwykłem to nazywać, torowisko a żaden z nich nie znalazł się po drugiej stronie? Skąd wiem, że nikomu się
nie udało? To proste. Nikt nie wrócił. Po co mieliby tam chodzić i nie dać
znaku życia. Gdzie to ja słyszałem, że gdyby ktoś znalazł się odcięty na zawsze
od ludzi, bez nadzieji, że ktoś odnajdzie kiedyś chociażby jego zapiski, nie
robiłby absolutnie nic. Zatem zdaje mi się, że ich tam wcale nie ma. Cóż z
tego, że mogliby być, skoro nie przekazali nam żadnych wiadomości. Nie ma ich,
bo nie ma wiadomości, nawet jeśli istnieją, nie istnieją. Było zatem sucho. Zza
trzcin, od strony rozległych chropowatych płaszczyzn zaczęło dolatywać mnie
przytłumione dudnienie. Zastygłem. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie,
że znajduję się zbyt daleko. Tam, gdzie dochodzili ostatni, właściwie, o
ironio, dobrnąłem tam myśląc o bezzasadności wszelkiego działania. Wszystko
zaczynało się zapętlać. Wiedziałem, że działanie moje jest powolne, byłem tam
już jednak. Ta oznaka nierozerwalności zrazu uderzyła mnie jakimś ciężarem,
potem doprowadziła do momentalnej nostalgii, która mogła przedłużać chwile w
nieskończoność. Każde momenty rozciągnięte jak śluz pode mną, utkwione w linię,
którą wyznacza zwój skorupy. Zastygłem. Głuchy stukot wzmacniał się, potężniał.
Nie rozróżniałem potęgowania. Dopadały mnie tylko powracające co jakiś czas
modulacje podwyższającego się łoskotu, który stawał się nie do wytrzymania.
Moje wrażenia nie mogły następować, one były korelacją uświadamianych wartości.
To był obraz. Czułki napotkały na coś twardego, cofnęły boleśnie. Wtedy
straciłem orientację zatoczywszy się wewnątrz bezwarunkowego odruchu
chronienia. Przez jakiś czas chcąc nie chcąc nie uczestniczyłem w
rzeczywistości. Nagle cisza, zupełna. Starałem się coś zrobić, uciec jakoś,
wydostać się stąd niepostrzeżenie, jakby mnie tu w ogóle nie było. Najszybciej
jak mogłem, zdawało mi się, że trwa to godzinami, wszedłem na pierwszą
pochyłość. Była ciepła, czarna, niezbyt śliska. Stamtąd przedostałem się na
bladą srebrzystą powierzchnię, którą dość szybko dotarłem do lekkiego
wklęśnięcia. Tam zatrzymałem się, żeby odpocząć. Nie wiedziałem gdzie jestem.
Wszystko zmieniło położenie- droga, którą tu przyszedłem leżała pod kątem
prostym do mojego obecnego stanowiska. Zanim jednak zdążyłem się nad tym
faktycznie zastanowić stało się coś niesamowitego. Nagle usłyszałem powracający
huk i jednocześnie coś wstrząsnęło mną gwałtownie. Nie mogłem rozeznać okolicy,
wszystko wirowało tuż za czubkiem mojej skorupy. Byłem zupełnie
zdezorientowany. Dobrze, że zdążyłem już nieco przylgnąć do powierzchni, dzięki
czemu jakoś utrzymałem się na swoim stanowisku mimo zabójczych zawrotów głowy.
Schowałem czułki, podkuliłem ogon i czekałem. Mogło to trwać minutę, albo
godzinę. Straciłem rachubę czasu, nie wiedziałem gdzie jestem. Pierwszą rzeczą,
jaką zauważyłem po zatrzymaniu się piekielnego mechanizmu był jakiś brak. Zrazu
nieuświadomiony, potem coraz silniejszy i jasny. Otóż nie było tu zieleni.
Wszystko wokół tchnęło jakimś zatęchłym szaroburym kolorem. Gdy tylko zsunąłem
się z felernego miejsca pod nogą poczułem coś dziwnego- nie była to zwykła powierzchnia,
pudrowy piasek, czy żwirek, ale coś w rodzaju śliskich, następujących po sobie
nieskończenie twardych wypukłości. Zdezorientowany ruszyłem przed siebie.
Nie spotkałem tu nikogo ze swoich. Żywię się w
zwałach śmiecia, które czasem znajduję w zakamarkach i zaułkach rozrzucone
fantazyjnie i niedbale. Cud, że udało mi się kupić prochowiec i kapelusz z
filcu, bo być może wzięto by mnie za ślimaka a tego staram się za wszelką cenę
uniknąć.
Nie wiem gdzie jestem. W każdym razie fakt, że
nie ma tu żadnego z naszych skłania mnie do nieśmiałych i coraz straszniejszych
przypuszczeń, że oto jestem po drugiej stronie. Wiem, że zaczynam wariować...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz