poniedziałek, 2 grudnia 2013

Zabili go i uciekł (Ada)

Porucznik John Inewter  miał wielu wrogów. Wiadomo był, że w tak małym miasteczku wszyscy się znają i trudno będzie się ukryć.
Nie dalej jak kilka tygodni temu Inewter wyraźnie dał do zrozumienia lokalnemu bossowi kto tu rządzi. Inewter nie przebierał w środkach i gówno go obchodziło, że pół miasta poszło z dymem. Ważne, że  Stansky poszedł za kratki. Mało kto wiedział, że spotkanie z porucznikiem lokalnej komendy policji przypłacił niezbyt wprawnie przeprowadzoną kastracją. To i tak nic w porównaniu z tym, co sam zafundował mieszkańcom swojej okolicy. Z resztą, jądra i tak do niczego już by mu się nie przydały w więzieniu o zaostrzonym rygorze, w którym miał spędzić resztę swojego zafajdanego życia.
Inewter udał się wreszcie na zasłużony urlop. Nie był już młody, palił papierosa za papierosem i coraz więcej pił. Tłumaczył sobie, że w takiej robocie musi się jakoś odstresować. Inni mają rodziny, dzieci i psy. On przychodził po północy do pustego mieszkania i jedyne co miał do roboty to uporanie się z kolejną butelką whisky. W pracy jednak zawsze był trzeźwy i nigdy nie zawalił. Koledzy po cichu mówili, że to cyborg. Schlebiało mu to.
Dwutygodniowe kanikuły porucznik postanowił spędzić na łódce. Lubił te chwile, gdy był zupełnie sam, nie musiał się obawiać, że zaraz ktoś się do niego odezwie, a on będzie musiał odpowiadać. Nie lubił ludzi i nawet nie starał się tego kryć. Niektórzy szanowali to i wiedzieli, że nie powinni się narzucać. Inni uważali go za gbura i omijali szerokim łukiem.
Inewter nie był głupi. Wiedział, że Stansky ma kolegów. Wiedział, że Stansky ma wystarczająco dużo pieniędzy, żeby nawet zza kratek nimi dyrygować. I wiedział, że Stansky będzie chciał się zemścić. Nie podejrzewał jednak, że stanie się to tak szybko.
Tego dnia Inewter nie miał ochoty wypływać na jezioro. Było wilgotno i coraz bardziej mgliście. Do końca urlopu zostały jednak tylko dwa dni i szkoda mu było marnować czas na bezczynne siedzenie na lądzie. Wziął więc jednoosobową łódkę od starego Johnsona i zaczął schodzić stromym zboczem. Jak na swoje 45 lat był niespotykanie silny i bez większych problemów doniósł łódeczkę na brzeg. Wrócił jeszcze po wędki i robaki, które zbierał wczesnym rankiem. Wiedział, że ryby nie są głupie i skuszą się tylko na świeżą przynętę. 
Kiedy wracał nad wodę wydawało mu się, że coś ruszało się przy łódce. Mgła była jednak coraz gęstsza i stwierdził, że przywidziało mu się. „Trzeba być skończonym debilem żeby w taką pogodę wypływać na środek jeziora i łowić ryby”- wymruczał pod nosem.
Wrzucił wędki do łódki i nie rozglądając się odepchnął ją od brzegu. Ciężkie kalosze zagłębiły się w mule, trochę wody wlało się górą do środka. Zaklął pod nosem i wskoczył do łódki. Dokoła panowała cisza absolutna, czasem tylko rozlegał się cichy plusk, jakby na dowód, że jezioro żyje i się porusza.  Inewter po raz pierwszy od dawna był spokojny i odczuwał namiastkę szczęścia. 
Nie przepłynął więcej niż pięćdziesiąt metrów, gdy od strony brzegu dobiegł go donośny, chłopięcy krzyk:
-John Inewter!! Zdychaj!
Porucznik usłyszał trzy ciche piknięcia, gdzieś po lewej stronie łódki.
Okolicą wstrząsnął potężny wybuch. Mieszkańcy spokojnej wsi zamarli, a po chwili wszyscy jak jeden mąż wylegli przed swoje domy. Przez gęstą mgłę zobaczyli płomienną poświatę unoszącą się nad jeziorem.
Z łódki porucznika Inewter zostały osmalone drzazgi.

Kilka tygodni później do Henry’ego Stansky’ego przyszedł jego adwokat,  James Jordan. Wszyscy wiedzieli, że był największą szują prawniczego świata, ale nikt nic na niego nie miał. Bronił najgorszych, byle tylko zaproponowali mu sumkę z odpowiednią liczą zer. Sprawa Stansky’ego była jednak przesądzona od samego początku i tylko prawnicze doświadczenie i znajomości Jordana uratowały go przed czapą.
Od chwili, gdy Stansky przeczytał w lokalnym dodatku o tajemniczej eksplozji na Daisy Lake, z jego nalanej, czerwonej twarzy nie schodził uśmiech. Kiedy Jordan zbliżył się do szyby rozdzielającej ich w sali widzeń, Stansky ucałował ją sinymi, obwisłymi wargami.
Monady przyłożył do ucha słuchawkę i wyszeptał:
- Widzieli go.
- Kogo?- zapytał Stansky.
- Wędkarza. W Montanie.
- Co ty pierdolisz J.J? – spytał Henry.
- Widzieli go. To był on.


Henry Stansky z wściekłością rzucił słuchawką i wrócił do celi. „Jebane patafiany! Czy to możliwe żeby spieprzyli tak prostą sprawę?”- mówił do siebie w myślach- ” Czy to możliwe, żeby zabili go i uciekł...?”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz