Porucznik
John Inewter miał wielu wrogów. Wiadomo
był, że w tak małym miasteczku wszyscy się znają i trudno będzie się ukryć.
Nie
dalej jak kilka tygodni temu Inewter wyraźnie dał do zrozumienia lokalnemu
bossowi kto tu rządzi. Inewter nie przebierał w środkach i gówno go obchodziło,
że pół miasta poszło z dymem. Ważne, że
Stansky poszedł za kratki. Mało kto wiedział, że spotkanie z
porucznikiem lokalnej komendy policji przypłacił niezbyt wprawnie
przeprowadzoną kastracją. To i tak nic w porównaniu z tym, co sam zafundował
mieszkańcom swojej okolicy. Z resztą, jądra i tak do niczego już by mu się nie
przydały w więzieniu o zaostrzonym rygorze, w którym miał spędzić resztę
swojego zafajdanego życia.
Inewter
udał się wreszcie na zasłużony urlop. Nie był już młody, palił papierosa za
papierosem i coraz więcej pił. Tłumaczył sobie, że w takiej robocie musi się
jakoś odstresować. Inni mają rodziny, dzieci i psy. On przychodził po północy
do pustego mieszkania i jedyne co miał do roboty to uporanie się z kolejną
butelką whisky. W pracy jednak zawsze był trzeźwy i nigdy nie zawalił. Koledzy
po cichu mówili, że to cyborg. Schlebiało mu to.
Dwutygodniowe
kanikuły porucznik postanowił spędzić na łódce. Lubił te chwile, gdy był
zupełnie sam, nie musiał się obawiać, że zaraz ktoś się do niego odezwie, a on
będzie musiał odpowiadać. Nie lubił ludzi i nawet nie starał się tego kryć.
Niektórzy szanowali to i wiedzieli, że nie powinni się narzucać. Inni uważali go
za gbura i omijali szerokim łukiem.
Inewter
nie był głupi. Wiedział, że Stansky ma kolegów. Wiedział, że Stansky ma
wystarczająco dużo pieniędzy, żeby nawet zza kratek nimi dyrygować. I wiedział,
że Stansky będzie chciał się zemścić. Nie podejrzewał jednak, że stanie się to
tak szybko.
Tego dnia
Inewter nie miał ochoty wypływać na jezioro. Było wilgotno i coraz bardziej
mgliście. Do końca urlopu zostały jednak tylko dwa dni i szkoda mu było
marnować czas na bezczynne siedzenie na lądzie. Wziął więc jednoosobową łódkę
od starego Johnsona i zaczął schodzić stromym zboczem. Jak na swoje 45 lat był
niespotykanie silny i bez większych problemów doniósł łódeczkę na brzeg. Wrócił
jeszcze po wędki i robaki, które zbierał wczesnym rankiem. Wiedział, że ryby
nie są głupie i skuszą się tylko na świeżą przynętę.
Kiedy
wracał nad wodę wydawało mu się, że coś ruszało się przy łódce. Mgła była
jednak coraz gęstsza i stwierdził, że przywidziało mu się. „Trzeba być
skończonym debilem żeby w taką pogodę wypływać na środek jeziora i łowić ryby”-
wymruczał pod nosem.
Wrzucił
wędki do łódki i nie rozglądając się odepchnął ją od brzegu. Ciężkie kalosze
zagłębiły się w mule, trochę wody wlało się górą do środka. Zaklął pod nosem i
wskoczył do łódki. Dokoła panowała cisza absolutna, czasem tylko rozlegał się
cichy plusk, jakby na dowód, że jezioro żyje i się porusza. Inewter po raz pierwszy od dawna był spokojny
i odczuwał namiastkę szczęścia.
Nie
przepłynął więcej niż pięćdziesiąt metrów, gdy od strony brzegu dobiegł go
donośny, chłopięcy krzyk:
-John
Inewter!! Zdychaj!
Porucznik
usłyszał trzy ciche piknięcia, gdzieś po lewej stronie łódki.
Okolicą
wstrząsnął potężny wybuch. Mieszkańcy spokojnej wsi zamarli, a po chwili
wszyscy jak jeden mąż wylegli przed swoje domy. Przez gęstą mgłę zobaczyli
płomienną poświatę unoszącą się nad jeziorem.
Z łódki
porucznika Inewter zostały osmalone drzazgi.
Kilka
tygodni później do Henry’ego Stansky’ego przyszedł jego adwokat, James Jordan. Wszyscy wiedzieli, że był
największą szują prawniczego świata, ale nikt nic na niego nie miał. Bronił
najgorszych, byle tylko zaproponowali mu sumkę z odpowiednią liczą zer. Sprawa
Stansky’ego była jednak przesądzona od samego początku i tylko prawnicze
doświadczenie i znajomości Jordana uratowały go przed czapą.
Od
chwili, gdy Stansky przeczytał w lokalnym dodatku o tajemniczej eksplozji na
Daisy Lake, z jego nalanej, czerwonej twarzy nie schodził uśmiech. Kiedy Jordan
zbliżył się do szyby rozdzielającej ich w sali widzeń, Stansky ucałował ją
sinymi, obwisłymi wargami.
Monady
przyłożył do ucha słuchawkę i wyszeptał:
-
Widzieli go.
-
Kogo?- zapytał Stansky.
-
Wędkarza. W Montanie.
-
Co ty pierdolisz J.J? – spytał Henry.
-
Widzieli go. To był on.
Henry
Stansky z wściekłością rzucił słuchawką i wrócił do celi. „Jebane patafiany!
Czy to możliwe żeby spieprzyli tak prostą sprawę?”- mówił do siebie w myślach-
” Czy to możliwe, żeby zabili go i uciekł...?”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz