Dzekyl
Mój Boże, te chmury wiszą coraz niżej. Na domiar
złego zjadłem coś nieświeżego i czułem, że mój żołądek wariuje. Przekroczyłem
próg mieszkania i wbiegłem do kibla. Wylało się ze mnie całe gówno świata.
Jest koło 17, 7 listopada.
Wyglądam przez okno. Okno musiało wychodzić na północ, nienawidzę światła
słonecznego. W zasadzie taki dzień jak ten byłby idealny, gdyby nie struktura
chmury. Dławiłem się nimi, czułem jak osadzają się na moich płucach i gęstą
smołą oklejają przełyk, przedostają się przez szpary okienne i nawet w domu nie
dają mi spokoju.
Wciąż budują. Monument jest
już wyższy niż mój dziesięciopiętrowy blok, a to dopiero szyja. Boje się
chwili, gdy pojawi się głowa. Zwłaszcza oczy. Będą wymierzone wprost w moje
okno, kiedy będę siedział na sraczu. Zawsze będą wymierzone we mnie. Nie będę
mógł przełknąć śliny, wielki, zbyt twardy glut będzie zalegać w moim gardle aż
nie zwariuje i nie rzucę się z wysokości.
Wychodzę.
Nie jestem szczególnie wysoki
a czuję jak chmury muskają moją łysinę. Po ojcu zacząłem łysieć bardzo szybko.
No… Muskają mnie, ale muskają jak ubecka dziwka która zaraz po ruchaniu poleci
do oficera i wszystko mu o mnie opowie.
Siedemnaście stopni, a ja
jestem spocony jak świnia. Nawet przedziałek w tyłku mam mokry. On cały czas
rośnie, niby jest spokojny, nie rusza się, trzyma swój miecz wzdłuż długich,
zwalistych nóg. Ale wiem że kiedy dorobią głowę- ja zwariuję.
Idę na plaże. Tam jeszcze
gorzej. Chmury zawieszone nie wyżej niż piętnaście metrów nade mną, a rzut
kamieniem od brzegu czarna trąba powietrzna porywa hektolitry wody. Nie mogę
się opanować, na wilgotnym piasku leży skuter, biorę go i płynę. Jestem tuż
tuż. Zaraz się porzygam, nie mogę oddychać, taki jest wiatr. Bije mnie po
mordzie słona woda i te chmury przed którymi nie mogę uciec. Czuję że ten
pojebaniec zaraz podniesie swój nieruchomy miecz i odetnie sznurki, na których
są podwieszone chmury. Wszystko to spierdoli się na mnie, ale nie zabije od
razu, tylko przydusi, będzie dusiło troszeczkę bardziej niż teraz. Jestem w
samym centrum, tu gdzie woda jest grafitowa, rzuca mną na boki, już nie
wytrzymam, uciekam. Biegnę dwa i pół kilometra do domu, mijam Podjazd, tę
szkołę z której zrobili dom starców, walczę ze sobą ale nie wytrzymuję, patrzę
w prawo na Łysą, ten potwór ma już usta, takie lekko uśmiechnięte, najgorsze
jakie może mieć. Budują go jak w transie, nawet przez wiatr słyszę jakieś
psychodeliczne alikwoty. Boże, jeszcze chwila i będzie mógł iść. Powiedzieli,
że nie pójdzie, ale ja wiem że pójdzie. Nawet nie to, że będzie za mną chodził,
będzie oczami wodzić, samymi źrenicami, będę go codziennie widział, będzie
rzucał cień i wszystkim będzie to pasować! I te jebane chmury!
Wbiegam do domu. Mam taką
małą, peerelowską szafkę na buty. W
niej się schowam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz