poniedziałek, 2 grudnia 2013

I jak teraz wygląda twoje życie? (Mikołaj)

                Zbliżała się piąta po południu. Jesienny zachód świetliście pozłocił migoczące tysiącami refleksów, poruszane ciepłym wiatrem, liście. W powietrzu unosił się słodki zapach palonych liści przywodzący na myśl woń pomarańczy i cynamonu. Siedziałam wtedy na szerokim parapecie słonecznego biforium delektując się aromatycznym kubkiem rooibosu z subtelną nutą migdałową i dodatkiem łuski kakaowej. Świat przepełniony był tego dnia jakimś nieuchwytnym nimbem zmysłowej miłości, ulotnej i delikatnej jak poranna rosa skrząca się na płatkach dzikiej róży.
                Pogrążona byłam w marzeniach i wspomnieniach podobnych chwil w moim życiu. Wiatr delikatnie czesał moje włosy a bursztynowe promienie przyjemnie muskały twarz. Sięgnęłam w stronę niskiego orzechowego stolika, na którym piętrzyły się pozycje z literatury pięknej i poezji. Tomik Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej sam wsunął mi się w dłoń. Leniwie przewracałam karty oddając się powabnej subtelności mej ukochanej poetki, kiedy w korytarzu, niczym wiosenny skowronek, zadźwięczał dzwonek do drzwi zapowiadający nieoczekiwanego gościa.
                Sfrunęłam delikatnie z parapetu i zarzuciwszy ogromny szlafrok na troszeczkę staromodną, satynową koszulę nocną pobiegłam otworzyć. Na korytarzu stał wysoki elegancki brunet.
                Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni swej kremowej jedwabnej marynarki przedwojenną cebulę.
- Nie spóźniłem się za bardzo mam nadzieję? – Jego ciepły niski baryton spłynął po moim ciele jak mleczna kąpiel.
- Och skądże! – Powiedziałam otwierając drzwi
                Rumieniec musiał zalać moją twarz gdyż wróżąc sobie rano z tarota kilka razy pod rząd wyciągałam kartę kochanków. To chyba to zdarzenie wprawiło mnie w tak nostalgiczny i rozmarzony nastrój. Teraz widząc tajemniczego nieznajomego wróżba przypomniała mi się z całą intensywnością.
- Och droga pani… - rzekł nieznajomy i widząc mój rumieniec schwycił moją dłoń w swoje silne acz delikatne ręce. Jego dotyk sprawił, iż bezwładnie osunęłam się w jego szerokie i pełne szarmanckiej gracji ramiona prawie zemdlona. Ująwszy mnie najdelikatniej uniósł w stronę pokoju i złożył na dużym łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, jakie stoi naprzeciwko mojego okna. Objęłam jego szyję i odrzuciwszy nieco swoją głowę w tył czekałam z zamkniętymi oczami aż nasze usta zetknął się w miłosnej komunii.
                Czułam jakbym rozpływała się w tym wieczorze i tym słońcu, kiedy obejmował mnie silnie i stanowczo a jednak delikatnie. Muskał moje włosy pocałunkami niczym promienie zachodzącego słońca a kiedy nasze spojrzenia zetknęły się zobaczyłam w jego szmaragdowych otmętach miłość, której nie sposób wyrazić. Nasze uczucia przenikały się nawzajem tak jak nasze ciała a zapach pomarańczy i cynamonu wypełniał każdą chwilę. Kiedy szeptał mi do ucha miłosne sonety Petrarki czułam w sobie dźwięki orkiestry niebiańskiej wygrywającej pieśń nad pieśniami. Świat wirował zataczając coraz większe kręgi a kiedy twarz moją zrosiły gorące łzy rozkoszy on szepnął:


- I jak teraz wygląda twoje życie?
               

                Krzyknęła, kiedy podniosłem ją z podłogi i rzuciłem na biurko. Po czterech i pół godzinie nieustannego bzykania zlany potem czułem, że zbliża się finisz. Ona wiła się pode mną jak piskorz, jak węgorz elektryczny. Jej i moje nasilające się jęki ściągnęły pod okno jej sypialni grupę ciekawskich, którzy teraz stawali na palcach żeby zobaczyć to widowisko a było, na co popatrzeć. Moja nabrzmiała erekcja miała ze trzydzieści pięć centymetrów i co najmniej osiem średnicy. Ona wbiła się paznokciami w politurę tandetnego biurka a ja zaparłem się z całych sił nogami. Wszystko co stało na biurku dawno znalazło się na podłodze a sam mebel zrobił wraz z nami trzy pełne rundy wokół pokoju. Teraz przyparłem i jedno i drugie do okna i ujeżdżałem bez wytchnienia. Biurko łomotało o ścianę niczym młot pneumatyczny lub ubijak do żwiru. Grupka gapiów za oknem powoli się powiększała a co poniektórzy zaczęli mi dopingować. Jej gigantyczne melony podskakiwały rytmicznie w takt seksualnego galopu. Kidy dochodziła (już po raz dziesiąty) wydała z siebie przeciągły krzyk i jęk a swoimi długimi czerwonymi jak krew paznokciami zaczęła drzeć politurę na kawałki, po czym wbiła się nimi w moje plecy. Tłumy kibiców, jakie wypełniały już całą ulicę zaczęły skandować moje imię. Wtedy nadszedł. Orgazm. Trwał bite dwadzieścia minut, podczas których ona nieprzerwanie wyła z rozkoszy.
- Goooool!!!! Zabrzmiał okrzyk za oknem.

                Kiedy ona wiła się jeszcze na zmasakrowanym biurku w parkosyzmach ekstazy, ja zebrałem swoje rzeczy i wyszedłem. Nie chciałem psuć wrażenia po tej dzikiej orgii i przepychać kolanka pod zlewem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz