Zbliżała
się piąta po południu. Jesienny zachód świetliście pozłocił migoczące tysiącami
refleksów, poruszane ciepłym wiatrem, liście. W powietrzu unosił się słodki
zapach palonych liści przywodzący na myśl woń pomarańczy i cynamonu. Siedziałam
wtedy na szerokim parapecie słonecznego biforium delektując się aromatycznym
kubkiem rooibosu z subtelną nutą migdałową i dodatkiem łuski kakaowej. Świat
przepełniony był tego dnia jakimś nieuchwytnym nimbem zmysłowej miłości,
ulotnej i delikatnej jak poranna rosa skrząca się na płatkach dzikiej róży.
Pogrążona
byłam w marzeniach i wspomnieniach podobnych chwil w moim życiu. Wiatr
delikatnie czesał moje włosy a bursztynowe promienie przyjemnie muskały twarz.
Sięgnęłam w stronę niskiego orzechowego stolika, na którym piętrzyły się
pozycje z literatury pięknej i poezji. Tomik Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej sam
wsunął mi się w dłoń. Leniwie przewracałam karty oddając się powabnej
subtelności mej ukochanej poetki, kiedy w korytarzu, niczym wiosenny skowronek,
zadźwięczał dzwonek do drzwi zapowiadający nieoczekiwanego gościa.
Sfrunęłam
delikatnie z parapetu i zarzuciwszy ogromny szlafrok na troszeczkę staromodną,
satynową koszulę nocną pobiegłam otworzyć. Na korytarzu stał wysoki elegancki
brunet.
Wyciągnął
z wewnętrznej kieszeni swej kremowej jedwabnej marynarki przedwojenną cebulę.
- Nie spóźniłem się za bardzo mam
nadzieję? – Jego ciepły niski baryton spłynął po moim ciele jak mleczna kąpiel.
- Och skądże! – Powiedziałam otwierając
drzwi
Rumieniec
musiał zalać moją twarz gdyż wróżąc sobie rano z tarota kilka razy pod rząd
wyciągałam kartę kochanków. To chyba to zdarzenie wprawiło mnie w tak
nostalgiczny i rozmarzony nastrój. Teraz widząc tajemniczego nieznajomego
wróżba przypomniała mi się z całą intensywnością.
- Och droga pani… - rzekł nieznajomy i
widząc mój rumieniec schwycił moją dłoń w swoje silne acz delikatne ręce. Jego
dotyk sprawił, iż bezwładnie osunęłam się w jego szerokie i pełne szarmanckiej
gracji ramiona prawie zemdlona. Ująwszy mnie najdelikatniej uniósł w stronę
pokoju i złożył na dużym łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, jakie stoi naprzeciwko
mojego okna. Objęłam jego szyję i odrzuciwszy nieco swoją głowę w tył czekałam
z zamkniętymi oczami aż nasze usta zetknął się w miłosnej komunii.
Czułam
jakbym rozpływała się w tym wieczorze i tym słońcu, kiedy obejmował mnie silnie
i stanowczo a jednak delikatnie. Muskał moje włosy pocałunkami niczym promienie
zachodzącego słońca a kiedy nasze spojrzenia zetknęły się zobaczyłam w jego
szmaragdowych otmętach miłość, której nie sposób wyrazić. Nasze uczucia
przenikały się nawzajem tak jak nasze ciała a zapach pomarańczy i cynamonu
wypełniał każdą chwilę. Kiedy szeptał mi do ucha miłosne sonety Petrarki czułam
w sobie dźwięki orkiestry niebiańskiej wygrywającej pieśń nad pieśniami. Świat
wirował zataczając coraz większe kręgi a kiedy twarz moją zrosiły gorące łzy
rozkoszy on szepnął:
- I jak teraz wygląda twoje życie?
Krzyknęła,
kiedy podniosłem ją z podłogi i rzuciłem na biurko. Po czterech i pół godzinie
nieustannego bzykania zlany potem czułem, że zbliża się finisz. Ona wiła się
pode mną jak piskorz, jak węgorz elektryczny. Jej i moje nasilające się jęki
ściągnęły pod okno jej sypialni grupę ciekawskich, którzy teraz stawali na
palcach żeby zobaczyć to widowisko a było, na co popatrzeć. Moja nabrzmiała
erekcja miała ze trzydzieści pięć centymetrów i co najmniej osiem średnicy. Ona
wbiła się paznokciami w politurę tandetnego biurka a ja zaparłem się z całych
sił nogami. Wszystko co stało na biurku dawno znalazło się na podłodze a sam
mebel zrobił wraz z nami trzy pełne rundy wokół pokoju. Teraz przyparłem i
jedno i drugie do okna i ujeżdżałem bez wytchnienia. Biurko łomotało o ścianę
niczym młot pneumatyczny lub ubijak do żwiru. Grupka gapiów za oknem powoli się
powiększała a co poniektórzy zaczęli mi dopingować. Jej gigantyczne melony
podskakiwały rytmicznie w takt seksualnego galopu. Kidy dochodziła (już po raz
dziesiąty) wydała z siebie przeciągły krzyk i jęk a swoimi długimi czerwonymi
jak krew paznokciami zaczęła drzeć politurę na kawałki, po czym wbiła się nimi
w moje plecy. Tłumy kibiców, jakie wypełniały już całą ulicę zaczęły skandować
moje imię. Wtedy nadszedł. Orgazm. Trwał bite dwadzieścia minut, podczas
których ona nieprzerwanie wyła z rozkoszy.
- Goooool!!!! Zabrzmiał okrzyk za
oknem.
Kiedy
ona wiła się jeszcze na zmasakrowanym biurku w parkosyzmach ekstazy, ja
zebrałem swoje rzeczy i wyszedłem. Nie chciałem psuć wrażenia po tej dzikiej
orgii i przepychać kolanka pod zlewem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz