Wchodzę
do mieszkania i staram się głośno oddychać: żeby ona usłyszała, żeby się nie
przestraszyła. Klucze (koniecznie z brzękiem) kładę na kuchenny blat, butami
dla pewności rzucam do przedpokoju. A to i tak nie zawsze się sprawdza; tak jak
teraz. Staję na progu pokoju i wzrokiem muskam jej ramię, a ona podskakuje
gwałtownie i gdy się obraca ma na twarzy tę obcość i to przerażenie. Nie bój
się mnie, myślę i bardzo cicho wycofuję się do kuchni. Tam siadam i wyjmuje
papiery, pogryziony ołówek, zastygam, by mój cień jej nie niepokoił.
Cichy
nie puka ani nie dzwoni do drzwi, wchodzi i posyła mi spojrzenie ???. Ja głupio wzruszam ramionami, a on w
odpowiedzi idiotycznie się uśmiecha. Nie możemy rozmawiać, więc wszystko odbywa
się w groteskowej pantomimie, ja kiwam głową w oznaczonych momentach, on siada
i wstaje; prawdopodobnie wyglądamy jak te kukiełki ze starych zegarów: bim bom
i znów nic się nie dzieje.
Pijemy
piwo, bo to jedna z możliwości, moglibyśmy wyjść, ale zbyt bardzo nie lubię
wracać do domu, hałasować, a potem i tak patrzeć na jej przerażoną buzię i usta
wykrzywione jak do krzyku. O nie, nie odezwie się, nawet nie wypuści głośno
powietrza, nawet gdybym... Nie, to nieważne. W każdym razie – siedzimy i pijemy
piwo.
Wieczór.
Nie lubię wieczorów. Kolejna porcja hałasów, odkręcam wszystkie krany, potrącam
kilka garnków i staram się nastąpić na jak najwięcej desek w podłodze. Ona
dalej siedzi przy balkonie i wpatruje się w szybę. Może w swoje odbicie, bo
trzyma dłoń przy twarzy. Zanoszę ją do łazienki i podaję szczoteczkę z pastą do
zębów; bardzo powoli wkłada ją do buzi – mam przynajmniej kwadrans na
przygotowanie łóżka. Gdy już śpi ja oglądam nieme filmy i palę. Czekam na
słońce.
Czuję,
że dzisiaj jest Ten dzień. To nie żadna tradycja, ani prywatny zwyczaj. Po
prostu: raz na jakiś czas całe to szaleństwo dopada mnie: perwersyjnie skradam
się, by ją zaskoczyć, z wyuzdaniem omijam skrzypiące deski – niemal fruwam
wśród zaciemnionych pokojów, byle tylko nie zdradzić własnego położenia
czasoprzestrzennego. Najdziwniejsze jest w tym to, że ona wtedy zdaje się być
nieco spokojniejsza, jakbym przejmował na siebie część tej zarazy, która kłębi
się w jej głowie. Czasem, po fakcie rzecz jasna, bo przecież nie w tych
momentach histerii, wydaje mi się, że stara się mnie pocieszyć i uspokoić.
Jesteśmy jak naczynia połączone, które nigdy nie osiągaja równowagi, jak ying i
yang na obrazie abstrakcjonisty.
Więc
dziś właśnie jest Ten dzień. W momencie,
gdy otwieram oczy, już to wiem. Nie mogę powstrzymać dzikiego krzyku, który
przez ostatnie miesiące narastał w moich płucach. Odrzucam koc, wrzeszcząc i
kopiąc. Biegnę przez korytarz i uderzam o ścianę, kopię obrazy, chyba zrzucam
lustro. Ciepło żywej istoty wyczuwam niemal podświadomie, jestem groźnym
pociskiem, szukam ofiary.
Jest.
Siedzi na łóżku i patrzy na mnie ze zrezygnowaniem. Co ciekawe, nie jest już
krucha, nie jest już przestraszona. Zatrzymuję się przed nią, a z mojego
wnętrza dochodzi ciche pomrukiwanie. Jakby to była melodia, do której będę
śpiewać. Ale jeszcze nie jestem gotów, jeszcze nie pamiętam słów: tak długo
milczałem. Ona wie, co nastąpi, bo tak jest za każdym razem, więc już teraz
zaczyna odmownie kręcić głową i patrzeć niemal błagalnie. Ja jestem prawie
gotów, to niemal tak podniecające jak seks.
- Mów! – krzyczę
pierwotnie, bo inne słowa są za długie, a przecież chciałbym powiedzieć, że
zapłacę, choćby milion, za nawet najmniejszy wyraz – Mów! Mów! Mów!
Ona kręci głową i
wyciąga do mnie ręce, chce mnie uspokoić. A ja na dwa głosy, mruczę i krzyczę,
krzyczę i mruczę:
- Mów! Mów! – prawie
szczekam i wiem, że to histeria, wiem, że jeszcze tak silne nigdy to wszystko
nie było; przeobrażam się w groźne zwierze.
- Mów! Mów!
A
ona przemówiła:
- Kurwa ! Ssij
wymiona, kochanie, pierdolę! No kurwa, chuj popaprany, daj, ruchaj! Dupowłaz! Chuj! Chuj! Kutas, pindol, już! Kurwa! Jebak! Dziwka! Ku- tas!!
Chuj! Chuj! Pierdolę, kurwa anielica! Spokój!
Przemówił Tourette.
Za 27 milionów dolarów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz