poniedziałek, 2 grudnia 2013

Tekst za 27 milionów dolarów (Lyra)

Wchodzę do mieszkania i staram się głośno oddychać: żeby ona usłyszała, żeby się nie przestraszyła. Klucze (koniecznie z brzękiem) kładę na kuchenny blat, butami dla pewności rzucam do przedpokoju. A to i tak nie zawsze się sprawdza; tak jak teraz. Staję na progu pokoju i wzrokiem muskam jej ramię, a ona podskakuje gwałtownie i gdy się obraca ma na twarzy tę obcość i to przerażenie. Nie bój się mnie, myślę i bardzo cicho wycofuję się do kuchni. Tam siadam i wyjmuje papiery, pogryziony ołówek, zastygam, by mój cień jej nie niepokoił.

Cichy nie puka ani nie dzwoni do drzwi, wchodzi i posyła mi spojrzenie  ???. Ja głupio wzruszam ramionami, a on w odpowiedzi idiotycznie się uśmiecha. Nie możemy rozmawiać, więc wszystko odbywa się w groteskowej pantomimie, ja kiwam głową w oznaczonych momentach, on siada i wstaje; prawdopodobnie wyglądamy jak te kukiełki ze starych zegarów: bim bom i znów nic się nie dzieje.
Pijemy piwo, bo to jedna z możliwości, moglibyśmy wyjść, ale zbyt bardzo nie lubię wracać do domu, hałasować, a potem i tak patrzeć na jej przerażoną buzię i usta wykrzywione jak do krzyku. O nie, nie odezwie się, nawet nie wypuści głośno powietrza, nawet gdybym... Nie, to nieważne. W każdym razie – siedzimy i pijemy piwo.

Wieczór. Nie lubię wieczorów. Kolejna porcja hałasów, odkręcam wszystkie krany, potrącam kilka garnków i staram się nastąpić na jak najwięcej desek w podłodze. Ona dalej siedzi przy balkonie i wpatruje się w szybę. Może w swoje odbicie, bo trzyma dłoń przy twarzy. Zanoszę ją do łazienki i podaję szczoteczkę z pastą do zębów; bardzo powoli wkłada ją do buzi – mam przynajmniej kwadrans na przygotowanie łóżka. Gdy już śpi ja oglądam nieme filmy i palę. Czekam na słońce.

Czuję, że dzisiaj jest Ten dzień. To nie żadna tradycja, ani prywatny zwyczaj. Po prostu: raz na jakiś czas całe to szaleństwo dopada mnie: perwersyjnie skradam się, by ją zaskoczyć, z wyuzdaniem omijam skrzypiące deski – niemal fruwam wśród zaciemnionych pokojów, byle tylko nie zdradzić własnego położenia czasoprzestrzennego. Najdziwniejsze jest w tym to, że ona wtedy zdaje się być nieco spokojniejsza, jakbym przejmował na siebie część tej zarazy, która kłębi się w jej głowie. Czasem, po fakcie rzecz jasna, bo przecież nie w tych momentach histerii, wydaje mi się, że stara się mnie pocieszyć i uspokoić. Jesteśmy jak naczynia połączone, które nigdy nie osiągaja równowagi, jak ying i yang na obrazie abstrakcjonisty.
Więc dziś  właśnie jest Ten dzień. W momencie, gdy otwieram oczy, już to wiem. Nie mogę powstrzymać dzikiego krzyku, który przez ostatnie miesiące narastał w moich płucach. Odrzucam koc, wrzeszcząc i kopiąc. Biegnę przez korytarz i uderzam o ścianę, kopię obrazy, chyba zrzucam lustro. Ciepło żywej istoty wyczuwam niemal podświadomie, jestem groźnym pociskiem, szukam ofiary.
Jest. Siedzi na łóżku i patrzy na mnie ze zrezygnowaniem. Co ciekawe, nie jest już krucha, nie jest już przestraszona. Zatrzymuję się przed nią, a z mojego wnętrza dochodzi ciche pomrukiwanie. Jakby to była melodia, do której będę śpiewać. Ale jeszcze nie jestem gotów, jeszcze nie pamiętam słów: tak długo milczałem. Ona wie, co nastąpi, bo tak jest za każdym razem, więc już teraz zaczyna odmownie kręcić głową i patrzeć niemal błagalnie. Ja jestem prawie gotów, to niemal tak podniecające jak seks.
- Mów! – krzyczę pierwotnie, bo inne słowa są za długie, a przecież chciałbym powiedzieć, że zapłacę, choćby milion, za nawet najmniejszy wyraz – Mów! Mów! Mów!
Ona kręci głową i wyciąga do mnie ręce, chce mnie uspokoić. A ja na dwa głosy, mruczę i krzyczę, krzyczę i mruczę:
- Mów! Mów! – prawie szczekam i wiem, że to histeria, wiem, że jeszcze tak silne nigdy to wszystko nie było; przeobrażam się w groźne zwierze.
- Mów! Mów!

A ona przemówiła:
- Kurwa ! Ssij wymiona, kochanie, pierdolę!  No kurwa, chuj popaprany, daj, ruchaj! Dupowłaz! Chuj! Chuj! Kutas, pindol, już! Kurwa! Jebak! Dziwka! Ku- tas!! Chuj! Chuj! Pierdolę, kurwa anielica! Spokój!

Przemówił Tourette. Za 27 milionów dolarów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz