poniedziałek, 2 grudnia 2013

opowiadanie grozy (Mikołaj)

                (…) budzę się, więc obok tej kobiety… to moja żona. Ma obrączkę na palcu. Osobiście za nią zapłaciłem. Leży, więc i udaje, że śpi. Będzie tak leżała dopóki nie obejmę jej czule i nie szepnę do ucha
- obudź się kotku.
                Będę musiał powtórzyć to rytualne zdanie trzy razy, przy ostatnim całując ją delikatnie w policzek, zanim leniwie rozklei powieki i przekręcając się w moją stronę przylgnie do mojej piersi. Pozostawia przy tym rozlaną po poduszce kaskadę swoich złotych jak siano loków, podkurcza kolana i stara się wtulić jak najgłębiej w pierzynę, jak dziecko.
- która jest godzina?
                Jesteśmy małżeństwem 16 lat i wciąż to robi. Teraz będę musiał ją pieścić opiekuńczo i zachęcać do wstania. Czasami pieszczoty stają się namiętne i wtedy spóźniamy się do pracy, jakbym włączał toster a czasami będzie udawała obrażoną, jakbym wstawiał wodę na herbatę, muszę ją wtedy wypytywać, co się stało. Teraz, kiedy urodziła Marysię tylko ja spóźniam się czasami do pracy, jakbym wieszał pranie.
                Wstajemy wreszcie i mogę iść pod prysznic, kiedy ona przygotuje mi śniadanie. W międzyczasie sprawdza, co u Marysi. Teraz Marysia śpi już w swoim pokoju. Marysia budzi się jak automat, kiedy zbliżam się do niej. Dziś też nie spała, kiedy podszedłem. Jej duże ciemne oczy, rzekomo po mnie, utkwione są w jakiś punkt na mojej twarzy, bez wyrazu czy celu, marszczy cienkie brwi, rzekomo po matce.
                Śniadanie i kawa. Chociaż wcale nie musiała wstawać. Nie mogę oderwać oczu od jej jedwabnej piżamy, kiedy faluje, ślizga się po jej ciele. Dostaję kanapki na drogę. Wkłada mi je do teczki przechylając się przez stół żeby pod tym pretekstem przyciągnąć mnie do siebie za krawat i pocałować. Namiętnie. Nie muszę nawet rozwijać bułek z papieru śniadaniowego żeby wiedzieć, że znowu mnie zaskoczyła. Poprawia mi krawat zerkając na mnie zalotnie. Wracam do kuchni po teczkę, której zapomniałem, w drzwiach zarzuca mi na kark szalik, którego też bym zapomniał.
                Kiedy znajduję się za drzwiami przylegam do ściany i poluzowując świeżo zawiązany węzeł na mojej szyi czekam aż serce przestanie mi walić. Wiem, że stoi w przedpokoju i nasłuchuje. Wiem, że czeka tak około kwadransa, czasami dłużej. W tym czasie Marysia nigdy się nie rozpłacze. Zupełna cisza. Kiedy na klatkę wychodzi ktoś z góry opuszcza posterunek.
                Wiem, że sąsiad czy sąsiadka zacznie schodzić schodami, jeżeli nie skorzystam z windy (z jedenastego piętra!). „ Dzień dobry jak się pan ma?”. Nie wystarczyłoby zwykłe „dzień dobry”? Doskonale wiem, że nie może cię to obchodzić. A jednak chcesz wiedzieć… Po cholerę? Zwykle mówię, że wszystko w porządku, ale boję się spytać „a u pana?” Boję się, że się zająkniesz. Że zanim z twoich ust popłynie potok brunatnego błota na ułamek sekundy zobaczę wyraz zagubienia i niepewności w twoich oczach, jakby za drzwiami twojego mieszkania ziała kosmiczna próżnia. Jakby twoje plecy były dziurawe, a twoja twarz żywiła się wyłącznie moim odbiciem i moim „a u pana?”.
                Naciskam guzik przy windzie i pokonując pierwszą partię schodów na palcach puszczam się dalej biegiem. Uderza mnie lodowate powietrze i już jestem na zewnątrz. Winda zatrzymuje się za mną na parterze. Jestem zlany potem i kluczyki do samochodu mam w teczce. Chcę odjechać zanim mnie dogoni. Trafiam po drodze na kanapki, ciskam nimi z obrzydzeniem do kosza, papiery i duża ilość różnych bibelotów rozsypują się po odśnieżonym chodniku.
- Dzień dobry jak się pan ma?
                Zamieram na ułamek sekundy i boję się spojrzeć w górę. Z przysiadu osuwam się na kolana zagarniając bezwładnie kartki, pióro, klucze i resztę śmieci. Ani słowa z jego strony. Ani drgnie.
- Oh wszystko świetnie, mróz łapie już porządnie…
                Podnoszę wzrok. Jak słup soli, jego mglisty uśmiech a z ust wydobywa się cienka stróżka pary. Przykuwa mnie swoim wzrokiem do ziemi. Trzyma mnie na kolanach dobrych parę minut, albo tak mi tylko każe myśleć. Wreszcie odchodzi nic nie mówiąc, nie odwraca się ani razu.
                Ściskając w ramionach soje manele ledwie dochodzę do samochodu. Rzucam wszystko na siedzenie i sam osuwam się za kierownicę. Śnieg i błoto rozpuszczają mi się na kolanach. Włączam silnik, kiedy szyba zaczyna parować. Klimatyzacja, radio, podgrzewane siedzenia, lusterka, tylna szyba, zapalniczka, GPS… Jestem w samochodzie i jadę do pracy.

                Parkuję swój wóz na moście północnym. Będę zmuszony korzystać z tego darmowego postoju, co najmniej 15 min. Dalej do trasy armii krajowej, kolejny parking i tak całą drogę. Zbieram papiery i zaczynam przeglądać robotę. Co za głupota, trzeba będzie wszystko od nowa drukować. Wszystko w błocie. Rozmazane litery. Dzwonię do Łucji.
- Dzień dobry pani Łucjo – nie jestem z sekretarką „na ty” – czy mogłaby pani wydrukować mi jeszcze raz te papiery, które wczoraj przyszły z kancelarii zanim dotrę do biura?
- Och tak oczywiście – odpowiada mi przyjemny głos Łucji – wypadły panu z teczki?
                Na chwilę serce zastyga mi w zupełnym bezruchu, czuję szczypiące kropelki potu pod palcami. Otrząsam się jednak błyskawicznie i wybucham śmiechem.
- Tak! Jakby pani zgadła, wszystko jest w błocie. Zderzyłem się w drzwiach klatki z sąsiadem no i tak wyszło. Gdyby pani mogła byłbym wdzięczny.
                Zabrzmiało jakbym się tłumaczył. Po co? Cisza szumi w zestawie głośnomówiącym a ja znowu zaczynam czuć supeł w żołądku. Praca to mój jedyny azyl.
- nie ma problemu – nadchodzi wreszcie zbawienie – wszystko będzie na pana biurku.
                Wkładam płytę do odtwarzacza, długo myślałem czy bardziej odpręży mnie muzyka kameralna czy orkiestra symfoniczna. Wybrałem wreszcie dosyć rzadkie, ale jakże subtelne i wzruszające wykonanie „Ave Maria”. Odcinam się od twarzy za oknem.

                Pierwsza godzina w pracy mija mi nad komputerem. Dokumenty nieskazitelnie białe z idealnymi literami leżały i czekały na moim biurku. Odbieram kilka telefonów, wykręcam parę numerów. Mam ważne spotkanie jutro. Patrzę na teczki leżące na rogu mojego biurka, które wraz ze świeżym wydrukiem przyniosła Łucja. I za to będzie trzeba się zabrać. Dzwonię do niej żeby przysłała do mnie pośrednika interesującej mnie transakcji z pionu handlowego teraz a nie po lunchu. Kiedy wszystko mam z głowy zabieram się za czyściutkie teczki z klarownymi podpisami. Kompletnie pochłonięty siedzę nad nimi do pierwszej po południu. Pomyśleć, że dostaję za to takie kokosy. To po prostu absurdalne. W innych firmach często prezesi tyle nie zarabiają.
                Patrzę na zdjęcie Marty z Marysią na rękach stojące przy monitorze. Budujemy dom w Konstancinie. Morze w lecie przeniesiemy się do stanu zamkniętego. Z mieszkania w stolicy oczywiście nie mamy zamiaru rezygnować. Chociaż z drugiej strony gdyby wziąć kogoś kompetentnego, kto by doglądał prac wykończeniowych to może zostawilibyśmy Marysię u rodziców Marty i pojechali w jakieś miłe miejsce… do Meksyku albo Chile…

                Z zadumy wyrywa mnie telefon od szefa. Rozmowa jest krótka i rzeczowa. Jutrzejsze spotkanie z radą nadzorczą naszej spółki córki będę musiał odłożyć. Jest ważniejsza kwestia organizacyjna do załatwienia z naszym przedstawicielstwem w Niemczech. Chodzi o dobór partnera na tamtym rynku. Jest kilka atrakcyjnych ofert, każdy jest łasy na partnera, który ma pełne finansowanie bez własnego wkładu. Trzeba porozmawiać.

                Zdejmuję marynarkę z oparcia skórzanego fotela i udaję się coś zjeść do restauracji na parterze. Biorę jeszcze pismo z urzędu żeby mieć co czytać do kawy. W windzie czuję zapach perfum kobiety stojącej przede mną. Duszny i ciężki. Wiem skądinąd, że to biznesowy buldożer. Nerwowo dotyka klipsa na swoim prawym uchu. Dlaczego klipsa? Bała się uszy przebić ta tygrysica handlu? Uśmiecham się mimo woli, kiedy wyobrażam sobie ją w domowych papuciach z termoforem na brzuchu jak ogląda z kubkiem rumianku jakąś telenowelę. Na pewno nie ma termoforu.
- A pan, co planuje na święta? – Pyta niespodziewanie, odwracając się i patrząc mi prosto w oczy.
- Ech, no wie pani, jeszcze o tym nie myślałem… chociaż rzeczywiście już grudzień - odpowiadam zupełnie zbity z tropu – niewykluczone, że udamy się z żoną do jej rodziców, święta spędzamy raczej rodzinnie.
- pomyślał by kto, taki rekin rywalizacji domator i tradycjonalista – cedzi przez zęby świdrując mnie jednocześnie beznamiętnym spojrzeniem którego ostatecznego wyrazu nie umiem zakwalifikować.
- eee.
                Drzwi rozsuwają się nagle i ludzie patrzący na nas wychodzą odwracając głowy. Ona też wychodzi cały czas patrząc na mnie.
                Przed awansem byłem jej bezpośrednim zwierzchnikiem, pamiętam dobrze, że jej pomysł restrukturalizacji działu musiałem uznać za absurdalny i nawet nie brałem go pod rozwagę, kiedy projekt był dyskutowany. Drzwi windy zamykają się przede mną, gdy jak najintensywniej oceniam jej zachowanie jako efekt tamtych zdarzeń.
                Wtedy było jej to zupełnie obojętne. Spieprzyła robotę, bo zajmowała się dużo ważniejszym zleceniem. To było 5 lat temu.

                Siadam nieco roztrzęsiony przy oknie. Zamawiam dużą mocną kawę i sałatę z krewetkami. Patrzę przez okno. Znowu pada śnieg. Marysia lubi jak śnieg pada. Czego ta baba chciała ode mnie? Może zacząłem mamrotać do siebie i usłyszała? Co za sytuacja… Trochę jak ten facet z 11 dziś rano. Co to kurwa było? Albo ci ludzie w kolejce po warzywa na bazarze w piątek. Co się ze mną dzieje?
- Cześć! Co tam słychać panie dyrektorze?
                Siada przede mną człowiek, którego nie znam.
- No nie poznajesz mnie? – Patrzy na mnie bez wyrazu, kręcę przecząco głową z ustami pełnymi krewetek. – Stary, musisz trochę wyluzować z tą robotą, bo ci odbije któregoś dnia i wejdziesz do biura z karabinem no i trataratarat!!!
                Robi okrężny gest obiema rękami złożonymi nad stołem jakby trzymał karabin. Opada z powrotem na krzesło i wybucha śmiechem.
- Nie mam karabinu - wyduszam z siebie z pełnymi ustami, po czym przełykam krewetki, czuję jakby żyły i kłębiły się w moim przełyku a następnie w żołądku. – Marcin? – Nie znam tego człowieka.
- Oj stary, stary nie jest z tobą dobrze. Ale pistolet na pewno masz… - Mówi uśmiechając się szelmowsko. Rzeczywiście mam pistolet. Gloka. Trzymam go w szafie w pudełku po butach, które dostałem od Marty na urodziny. Nie wiem, od kiedy. W każdym razie od tak dawna, że o nim zupełnie zapomniałem. – No widzisz – Uśmiecha się szeroko. – Glokiem też możesz sporo nabroić.
                Krewetki zaczynają szarpać moje trzewia od wewnątrz, pełzną w górę przełyku. Patrzę na niego z przerażeniem a on odwzajemnia mi się obojętnym zimnym spojrzeniem. Takim samym jak Marysia.
- Ja… – staram się coś wybełkotać
- Dobra tylko żartowałem – przerywa mi raptownie – Słuchaj w zasadzie przyszedłem powiedzieć ci, że nie uda nam się z Marleną przyjść do was na kolację w weekend. Bardzo byśmy chcieli, ale niestety Marlena…
                Przestaję go słuchać, nagle rozumiem, kim jest. Znam tę twarz. Widziałem ją wielokrotnie to mój sąsiad. To dozorca naszego osiedla. Taksówkarz, który odwoził mnie na lotnisko jak leciałem do Frankfurtu w zeszłym miesiącu, sprzedawca w kiosku pod naszym biurowcem i kelner, który przyniósł mi krewetki próbujące przedrzeć się teraz przez moje wnętrzności.
                Wstaję półprzytomny i rozglądam się panicznie za drzwiami do kibla.
- Co jest? – Pyta mój szef – czy owoce morza były nie daj boże nieświeże? – rzuca okiem na mój talerz – Gdybyś jadł domowe śniadania to nic takiego by ci się nie przytrafiło…
                Puszczam się biegiem w stronę drzwi z trójkątem. Szef wstaje i odprowadzając mnie wzrokiem zanosi się od śmiechu, wszyscy w restauracji patrzą na mnie chyba już od jakiegoś czasu. Zawisam nad chłodną muszlą i wyrzucam z siebie różowy potok wijących się odnóży.
               
                Nieco otrzeźwiony wstaję podpierając się o sklejkową ścianę kabiny. Za drzwiami do restauracji panuje zupełna cisza. Nie mam odwagi tam wejść. Boję się, że mnie rozszarpią na kawałki. Że wstaną od swoich sałatek i zaczną szarpać na mnie ubranie. Albo, co gorsza nie zrobią nic. Odprowadzą mnie wzrokiem, milcząc do samych drzwi. Nie wytrzymałbym tego. Wskakuję na muszlę i otwieram lufcik. Przy odrobinie wysiłku mieszczę się w otworze nie zdejmując płaszcza i już jestem na zewnątrz. Biegnę, pędzę do samochodu. Mijam ochroniarza na parkingu, który już nie kiwa uprzejmie głową na mój widok tylko wiedzie za mną obojętnym spojrzeniem.
                 W drodze do domu łamię wszystkie przepisy. Nikt mnie nie zatrzymuje. Kierowcy nie trąbią. Pada gruby biały śnieg.
               
                Zostawiam otwarty samochód i nie wyłączając silnika biegnę po schodach. Drzwi do domu są otwarte. Marty nie ma. Osuwam się na półkę na buty i ciężko dysząc ocieram krople z czoła. Przesuwam się do kuchni i wyjmuję butelkę drogiego bourbonu, pociągam z niej cztery albo pięć głębokich łyków. Piekące strugi spływają mi za kołnierz.
                Nagle z pokoju Marysi dochodzi mnie jakiś dźwięk. Stuk, czy chrzęst, nie umiem powiedzieć. Wszystko znów staje w miejscu a cała przestrzeń tonie w ciszy, w pustce pozostawionej przez ten dźwięk. Boję się ruszyć. Powoli wyjmuję z szuflady długi nóż do mięsa i udaję się w tamtym kierunku. Przez matową szybę widzę zarys jej łóżeczka. Uchylam lekko drzwi. Cisza prawie boli, czuję jak pulsuje mi w głowie w tętnicach. Zbliżam się z uniesionym ostrzem i zamieram.
                Marysia patrzy na mnie obojętnie. Jej duże oczy nie mają prawie wyrazu. Gdzieś na dnie tego spojrzenia czai się drwina, szyderstwo i kiedy moja ręka zaczyna opadać – pogarda. Zaczyna chyba otwierać karłowate usteczka jednak nie jest mi dane usłyszeć, co chce powiedzieć. Wbijam nóż po samą rękojeść. Krzywi się koszmarnie nie spuszczając ze mnie wzroku. Kiedy wykręcam ostrze jej korpus wygina się nie naturalnie z chrzęstem, obrzydliwym mdłym i potwornym, jednak nadal na mnie patrzy. Dźgam jej główkę aż nieruchomieje. Tyle krwi w tak małej istocie.
                Rzucam się do szafy i bezbłędnie trafiam na pistolet. Jest naładowany. Cofam się do dużego pokoju i staję pod balkonem. Co zrobi, kiedy wróci? Może nie wróci? Bo, po co przecież? Komedia skończona. Już doskonale wiedzą, o wszystkim. Spodziewam się mojego szefa. Każdego tylko nie jej.
- Misiu? (…) Wróciłeś już? – Dobiega mnie od drzwi – byłam tylko na dole oddać śmietanę pani Szackiej. Misiu? –chowam broń do kieszeni płaszcza, niczym mnie już nie zaskoczą - A tu jesteś, co tak stoisz? Rozbierz się przecież.
                Wchodzi do kuchni i wyjmuje jakieś rzeczy z siatki, którą przyniosła ze sobą i nic jej nie dziwi.
- Wiesz misiu, że sobotę mamy wolną? Dzwonił Marcin i mówił, że niestety nie mogą przyjść z Marlenką. Trochę szkoda, ale może w takim razie wyjdziemy gdzieś we dwójkę? Rodzice będą zachwyceni jak będą mogli wziąć Marysię na wieczór a ja chętnie poszłabym z tobą na kolację przy świecach – mówi migając mi w korytarzu w drodze do pokoju Marysi i zapada cisza.

                Jestem pewien, że stoi tam i myśli o tym samym, co ja: czy zdążę strzelić? Wiem, że nie zdążę. Dlaczego więc do cholery nic nie robisz?! Wyjmuję drżącą ręką pistolet z kieszeni i mierzę nim w lewą framugę. Przeciecz i tak nie mam szans. Gdybym miał to nie miał bym tego pistoletu. Otwieram jedną ręką za sobą balkon i wycofuję się pod balustradę. Znów słyszę ten dźwięk z pokoju Marysi i mam już tylko 8 pięter do ziemi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz