Zbrodnia i kara
McRascal zmiął pustą paczkę po papierosach. Westchnął nazbyt teatralnie – w końcu – siedział sam w hotelowym pokoju. Czerwony neon pulsował za oknem i niemo zapowiadał nadchodzący ból głowy. Ale to stanie się dopiero rano. Teraz butelka była jeszcze w połowie pełna (bo McRascal nie przekroczył jeszcze tej dziwnej granicy, gdy wszystko wydaje się tylko w połowie puste), pokój opłacony był do jutra a on czuł się nieźle.
Mężczyzna wstał i
nawet niezbyt chwiejnie poszedł do łazienki. Mokrym ręcznikiem wytarł twarz,
palcem umazanym pastą do zębów spróbował, bez większych skutków, pozbyć się
smaku popiołu z buzi.
Spojrzał na swoje
odbicie i dopiero widok kilku świeżych blizn na policzkach i czole przypomniał
mu wydarzenia sprzed kilku dni. Alkohol nadal spełniał swoją funkcję, bo to, co
się stało, wciąż trzymane było w jego pamięci za bezpieczną mgłą. Dla pewności
wtoczył się z powrotem do pokoju i pociągnął solidny łyk z butelki. Nasunął
kapelusz na czoło i ruszył do wyjścia. Po kilku nieudanych próbach w końcu trafił
dłonią w gałkę i wypadł na korytarz.
Ostrożność, silniejsza
niż pijaństwo, sprawiła, iż przechodząc koło recepcji wyrównał nieco swój kurs
i dokładniej osłonił rondem twarz. Mgła leniwie płynęła środkiem ulicy,
pomarańczowe światło latarni punktowo rozpraszało ciemności. McRascal
zdecydowanym krokiem ruszył na róg Piątej i Mosiężnej – tam zazwyczaj pracowała
Sonia. Po drodze wszedł do Drug Store’u i czekając na paczkę Lucky Strike’ów
zaczął przeglądać dzisiejszego Poste’a. Na trzeciej stronie opisane były
postępy śledztwa w sprawie brutalnego napadu sprzed tygodnia. Szybko odłożył
gazetę. Nagle poczuł, że w szybkim tempie przestaje być pijany i niebezpiecznie
zbliża się do marngo stanu prawie-trzeźwości. Dla pewności wziął butelkę Ginu
do papierosów. Od Soni dzieliło go już tylko kilka przecznic. Przyspieszył
kroku.
Stała tam, gdzie
zwykle. Chwiała się na zbyt wysokich obcasach, mimo iż podpierała się o ścianę.
Miała chude, krzywe nogi, opadający biust i krzykliwy rozmazany makijaż. Na
jego widok błysnęła srebrnym zębem i w parodii kokieterii odgarnęła tłusty
kosmyk znad czoła.
- Rodney, wyglądasz
jak psu z gardła wyjęty – głośno pociągnęła nosem.
- Też się cieszę, że
cię widzę – szarmancko podsunął jej jeszcze nie otworzoną butelkę.
Spojrzała z zachłannością
na przejrzystą ciecz, ale powstrzymała swoją dłoń w ostatnim momencie.
- Czego chcesz, Rod? –
Zaskrzeczała podejrzliwie.
- Och, Sonia, to, co
zwykle – skłonił głowę z lekką kpiną – Twojego towarzystwa.
- Znasz zasady, bez
zielonych nie da rady – wydęła wargi i spojrzała pożądliwie na Gin.
- Za kogo ty mnie
masz? – wepchnął jej w ręce szkło – To tylko drobny prezent, na opłatę też mam
środki – spoważniał na moment – Ile za całą noc?
- Sto – spojrzała na
niego wyzywająco. McRascal uśmiechnął się szyderczo i podał jej banknot
dwudziestodolarowy:
- To zaliczka – dobrze
wiedział, że mógłby ją mieć nawet za dziesięć, ale tym razem nie miał ochoty na
kłótnię – Idziemy?
Sonia osłupiała na
moment, ale nie musiała się długo zastanawiać. Schwyciła go pod ramię i ruszyli
do hotelu.
W pokoju ciężko zwalił
się na fotel. Nie zdjął nawet kapelusza. Sonia stanęła przed nim i zaczęła
powoli się rozbierać. Nie zdążyła nawet ściągnąć drugiej pończochy, gdy
McRascal przyciągnął ją brutalnie i zepchnął jej głowę na wysokość swojego
brzucha.
- Wiesz, laleczko,
czego chcę – sapnął z nieukrywaną niecierpliwością.
Sonia wzruszyła
ramionami i sprawnie rozpięła jego rozporek. Po niecałych pięciu minutach
zbliżała się do finału, gdy poczuła na skroni pocałunek lufy. Szarpnęła z całej
siły, ale McRascal tylko mocniej zacisnął palce na jej kościstym ramieniu.
Wreszcie z głośnym sapnięciem doszedł i opadł leniwie na oparcie fotela.
- Bladź! – Sonia
momentalnie odskoczyła od mężczyzny – Ty sukinkocie!
Stała w migającym
świetle neonu, z rozchełstaną bluzką, pod którą widać było brudny stanik.
- Ty stary,
perwersyjny gnoju – podeszła nieco bliżej i patrzyła prosto w rozbawioną twarz
mężczyzny – Za to będziesz musiał mi dorzucić coś ekstra...
McRascal stłumił
śmiech i starał się wstać. Po kilku próbach zrezygnował i upił kilka łyków z
butelki:
- Toś się wystraszyła,
Sonieczko – zapiął rozporek – Ale nie na tyle, by choć przez chwilę przestać
być kurwą, nieprawdaż?
Sonia uśmiechnęła się
po chwili promiennie i podciągnęła spódnicę:
- Bladź budzjet bladź
wsjegda – usiadła na nim okrakiem.
McRascal zaśmiał się
chrapliwie i głośno sapiąc zaczął rytmicznie miętosić jej piersi. Jego oddech
przyspieszał z każdą chwilą, gdy nagle poczuł, że Sonia odskakuje gwałtownie w
tył, a po chwili rozległ się huk. Osłupiały spojrzał w dół, na strzępy swojego
penisa.
- I kakaja twoja żizn
tjepjer? – Sonia odrzuciła pistolet i wybiegła z pokoju.
- Kurrrwa! – Mężczyzna
zaczął wrzeszczeć. Już nie był pijany i wiedział, że prędzej czy później zjawią
się tu niebiescy. A wtedy wcale nie będą zainteresowani tą ruską dziwką. Raczej
jemu poświęcą nazbyt wiele uwagi. I temu zabójstwu sprzed tygodnia –
Kurwapierdolęchuj!
Rodney McRascol mocno
zacisnął zęby i jednym ruchem oderwał strzępy swej męskości: musi działać
szybko, jeśli ma się stąd wydostać. A potem... A potem, jak wszystko
przycichnie, dorwie tę małą kurewkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz