poniedziałek, 2 grudnia 2013

I jak teraz wygląda twoje życie? (Lyra)


Zbrodnia i kara


McRascal zmiął pustą paczkę po papierosach. Westchnął nazbyt teatralnie – w końcu – siedział sam w hotelowym pokoju. Czerwony neon pulsował za oknem i niemo zapowiadał nadchodzący ból głowy. Ale to stanie się dopiero rano. Teraz butelka była jeszcze w połowie pełna (bo McRascal nie przekroczył jeszcze tej dziwnej granicy, gdy wszystko wydaje się tylko w połowie puste), pokój opłacony był do jutra a on czuł się nieźle.
Mężczyzna wstał i nawet niezbyt chwiejnie poszedł do łazienki. Mokrym ręcznikiem wytarł twarz, palcem umazanym pastą do zębów spróbował, bez większych skutków, pozbyć się smaku popiołu z buzi.
Spojrzał na swoje odbicie i dopiero widok kilku świeżych blizn na policzkach i czole przypomniał mu wydarzenia sprzed kilku dni. Alkohol nadal spełniał swoją funkcję, bo to, co się stało, wciąż trzymane było w jego pamięci za bezpieczną mgłą. Dla pewności wtoczył się z powrotem do pokoju i pociągnął solidny łyk z butelki. Nasunął kapelusz na czoło i ruszył do wyjścia. Po kilku nieudanych próbach w końcu trafił dłonią w gałkę i wypadł na korytarz.
Ostrożność, silniejsza niż pijaństwo, sprawiła, iż przechodząc koło recepcji wyrównał nieco swój kurs i dokładniej osłonił rondem twarz. Mgła leniwie płynęła środkiem ulicy, pomarańczowe światło latarni punktowo rozpraszało ciemności. McRascal zdecydowanym krokiem ruszył na róg Piątej i Mosiężnej – tam zazwyczaj pracowała Sonia. Po drodze wszedł do Drug Store’u i czekając na paczkę Lucky Strike’ów zaczął przeglądać dzisiejszego Poste’a. Na trzeciej stronie opisane były postępy śledztwa w sprawie brutalnego napadu sprzed tygodnia. Szybko odłożył gazetę. Nagle poczuł, że w szybkim tempie przestaje być pijany i niebezpiecznie zbliża się do marngo stanu prawie-trzeźwości. Dla pewności wziął butelkę Ginu do papierosów. Od Soni dzieliło go już tylko kilka przecznic. Przyspieszył kroku.
Stała tam, gdzie zwykle. Chwiała się na zbyt wysokich obcasach, mimo iż podpierała się o ścianę. Miała chude, krzywe nogi, opadający biust i krzykliwy rozmazany makijaż. Na jego widok błysnęła srebrnym zębem i w parodii kokieterii odgarnęła tłusty kosmyk znad czoła.
- Rodney, wyglądasz jak psu z gardła wyjęty – głośno pociągnęła nosem.
- Też się cieszę, że cię widzę – szarmancko podsunął jej jeszcze nie otworzoną butelkę.
Spojrzała z zachłannością na przejrzystą ciecz, ale powstrzymała swoją dłoń w ostatnim momencie.
- Czego chcesz, Rod? – Zaskrzeczała podejrzliwie.
- Och, Sonia, to, co zwykle – skłonił głowę z lekką kpiną – Twojego towarzystwa.
- Znasz zasady, bez zielonych nie da rady – wydęła wargi i spojrzała pożądliwie na Gin.
- Za kogo ty mnie masz? – wepchnął jej w ręce szkło – To tylko drobny prezent, na opłatę też mam środki – spoważniał na moment – Ile za całą noc?
- Sto – spojrzała na niego wyzywająco. McRascal uśmiechnął się szyderczo i podał jej banknot dwudziestodolarowy:
- To zaliczka – dobrze wiedział, że mógłby ją mieć nawet za dziesięć, ale tym razem nie miał ochoty na kłótnię – Idziemy?
Sonia osłupiała na moment, ale nie musiała się długo zastanawiać. Schwyciła go pod ramię i ruszyli do hotelu.
W pokoju ciężko zwalił się na fotel. Nie zdjął nawet kapelusza. Sonia stanęła przed nim i zaczęła powoli się rozbierać. Nie zdążyła nawet ściągnąć drugiej pończochy, gdy McRascal przyciągnął ją brutalnie i zepchnął jej głowę na wysokość swojego brzucha.
- Wiesz, laleczko, czego chcę – sapnął z nieukrywaną niecierpliwością.
Sonia wzruszyła ramionami i sprawnie rozpięła jego rozporek. Po niecałych pięciu minutach zbliżała się do finału, gdy poczuła na skroni pocałunek lufy. Szarpnęła z całej siły, ale McRascal tylko mocniej zacisnął palce na jej kościstym ramieniu. Wreszcie z głośnym sapnięciem doszedł i opadł leniwie na oparcie fotela.
- Bladź! – Sonia momentalnie odskoczyła od mężczyzny – Ty sukinkocie!
Stała w migającym świetle neonu, z rozchełstaną bluzką, pod którą widać było brudny stanik.
- Ty stary, perwersyjny gnoju – podeszła nieco bliżej i patrzyła prosto w rozbawioną twarz mężczyzny – Za to będziesz musiał mi dorzucić coś ekstra...
McRascal stłumił śmiech i starał się wstać. Po kilku próbach zrezygnował i upił kilka łyków z butelki:
- Toś się wystraszyła, Sonieczko – zapiął rozporek – Ale nie na tyle, by choć przez chwilę przestać być kurwą, nieprawdaż?
Sonia uśmiechnęła się po chwili promiennie i podciągnęła spódnicę:
- Bladź budzjet bladź wsjegda – usiadła na nim okrakiem.
McRascal zaśmiał się chrapliwie i głośno sapiąc zaczął rytmicznie miętosić jej piersi. Jego oddech przyspieszał z każdą chwilą, gdy nagle poczuł, że Sonia odskakuje gwałtownie w tył, a po chwili rozległ się huk. Osłupiały spojrzał w dół, na strzępy swojego penisa.
- I kakaja twoja żizn tjepjer? – Sonia odrzuciła pistolet i wybiegła z pokoju.
- Kurrrwa! – Mężczyzna zaczął wrzeszczeć. Już nie był pijany i wiedział, że prędzej czy później zjawią się tu niebiescy. A wtedy wcale nie będą zainteresowani tą ruską dziwką. Raczej jemu poświęcą nazbyt wiele uwagi. I temu zabójstwu sprzed tygodnia – Kurwapierdolęchuj!

Rodney McRascol mocno zacisnął zęby i jednym ruchem oderwał strzępy swej męskości: musi działać szybko, jeśli ma się stąd wydostać. A potem... A potem, jak wszystko przycichnie, dorwie tę małą kurewkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz