poniedziałek, 2 grudnia 2013

filozofia (Lyra)

O materii świata


OSOBY DIALOGU:

Skrytest

Fedoniksus

Bujdystes


Bujdystes: Skryteście, wszędzieśmy cię szukali.
Skrytest: Oto i znaleźliście. Jaka pilna sprawa was do mnie przygnała?
Bujdystes: Spacerując dzisiaj po mieście natknąłem się na Fedoniksusa. Od razu też wdaliśmy się w dysputę na temat materii wszechświata. Próbowałem mu wytłumaczyć, co naprawdę kryje się za tą kurtyną, jaką są rzeczy nas otaczające, ale wydaje mi się, że albo on jest wyjątkowo opornym uczniem, albo ja nie potrafię mu przekazać wiedzy, którą się za mną podzieliłeś zawżdy. Dlatego postanowiliśmy cię czem prędzej odnaleźć i poprosić o wyłożenie tej sprawy raz jeszcze.
Skrytest: Czy tak wygląda sprawa, Fedoniksusie?
Fedoniksus: Tak, nauczycielu.
Skrytest: Zatem usiądźmy i spróbujmy odkryć jądro prawdy, które drzemie w nas wszystkich.
Fedoniksus: Och, Skryteście, czy masz na myśli anamnezę, o której tyle opowiadał Sokrates?
Skrytest: Oczywiście, że nie. Sokrates był może i człowiekiem poczciwym, ale niezbyt wiele wiedział o istocie rzeczy, a wszelkie jego teoryje go dotyczące były li tylko sztuczkami słownymi i hochsztaplerstwem.
Bujdystes: Nie mówmy już o tym naiwnym starcu! Nauczycielu, przejdźmy czym prędzej do naszych rozważań, aby jak najszybciej otworzyć oczy siedzącemu tu z nami Fedoniksusowi.
Skrytest: Zróbmy zatem i tak.

Skrytest: Jak Fedoniksusie nazwałbyś to wszystko, co nas otacza?
Fedoniksus: Świat, nauczycielu.
Skrytest: A gdybyś miał bardziej szczegółową uczynić swoją odpowiedź, to jak by ona brzmiała?
Fedoniksus: Rzeczy. Rzeczy żywe i martwe.
Skrytest: Bardzo dobrze... A co to znaczy „rzecz”?
Fedoniksus: „Rzecz” to nazwa ogólna na określenie... Wszystkiego?
Skrytest: A jakie znasz jeszcze inne nazwy ogólne?
Fedoniksus: Nie bardzo wiem do czego zmierzasz, nauczycielu.
Skrytest: Bądź cierpliwy i odpowiedz wpierw na pytanie, a wkrótce wszystko stanie się jasne.
Bujdystes: Szczęście, mistrzu, na przykład szczęście!
Skrytest: Brawo Bujdystesie! A czy jakiś przedmiot, na który możesz wskazać i nazwać go szczęściem?
Fedoniksus: Mogę wskazać tamtą kobietę z dzieckiem na ręku i powiedzieć, że to jest właśnie szczęście.
Skrytest: Ale czy nie popełniasz wtedy jednak błędu? Bo obiekt, który wskazujesz, jest jednak tak naprawdę kobietą i dzieckiem, a nie szczęściem.
Fedoniksus: Do czego więc zmierzasz Skryteście?
Skrytest: Że tak jak nie istnieje szczęście, tak samo i nie istnieje rzecz. Zatem tak naprawdę nie ma nic dookoła nas.

Fedoniksus: Nie twierdzę Skryteście, że nie przekonuje mnie twój wywód, ale gdyby tak założyć, że jednak nie, czy istnieje inny sposób abyś mnie przekonał?

Skrytest: Doprawdy, godny podziwu jest twój zapał. Jednak chyba cię nie zaskoczę, jeśli powiem, że nie jest to jedyna droga, która może nas zaprowadzić ku prawdzie.
Fedoniksus: Słucham więc z zapałem, nauczycielu.
Bujdystes: I ja, mistrzu.
Skrytest: Powróćmy do naszego przykładu matki z dzieckiem. Wskazujemy na nie i mówimy: oto rzecz, czy nie tak?
Fedoniksus: Oczywiście, Skryteście.
Skrytest: Ale tak jak wskazaliśmy na nie i powiedzieliśmy, że to rzecz, tak możemy powiedzieć, że rzecz to nazwa ogólna, a konkretnie wskazujemy na kobietę i na dziecko.
Bujdystes: I w tym się nie mylisz.
Skrytest: Po raz kolejny możemy jednak stwierdzić, że nie jest to kobieta i dziecko, ale jest to tkanka żywa i materiały, które je okrywają, czyż nie tak?
Fedoniksus: Mam wrażenie, że wiem już o co ci chodzi, Skryteście! Czy mogę spróbować zakończyć za ciebie ten wywód?
Skrytest: Z chęcią posłucham twoich domysłów.
Fedoniksus: Mówimy tkanka żywa i materiały, ale możemy powiedzieć, że to skóra, włosy, mięśnie, kości i pojedyncze włókna. Jeśli jednak i tak uczynimy możemy zejść poziom niżej, i w ten sposób kontynuować aż do końca, do najmniejszych drobin. Jednak co wtedy?
Skrytest: Bujdystesie, czy ty się domyślasz?
Bujdystes: Do głowy mi przyszło porównanie. Jeśli weźmiemy ziarno i położymy na żarnach i zaczniemy rozdrabniać, już po kilku chwilach miast kilku większych ziaren, otrzymamy znacznie więcej małych drobin. I gdybyśmy kontynuowali dalej naszą pracę, widzi mi się, że ostatecznie nie zostałoby nic, co można by zobaczyć lub poczuć. Tak samo i byłoby z kawałkiem pergaminu, który darty na mniejsze części, na końcu zniknąłby zupełnie.
Skrytest: O tak! Właśnie o to mi chodziło! Widzisz więc Fedoniksusie, że w ten sposób odkryliśmy kolejną drogę, która dowodzi, że w rzeczywistości nic nie istnieje.

Skrytest: Istnieje jednak jeszcze jeden dowód, który popiera nasz pogląd.
Fedoniksus: Nie trzymaj nas w niepewności, mistrzu. Opowiedz nam go, proszę.

Skrytest: Jak myślicie, skąd biorą się obrazy, które odbieramy naszymi oczami?
Bujdystes: Och, to proste mistrzu. Mówiliśmy już nieraz o tym![i] Świat dookoła nas odciska wrażenia na naszych gałkach ocznych, zaś obraz jest tego działania wynikiem. Efekt jest niemal taki sam, jak po uderzeniu przez kogoś. Tyle że jeśli po uderzeniu odczuwamy ból, tak po „uderzeniu świata” odczuwamy obrazy.
Skrytest: Cieszy mnie bardzo fakt, Bujdystesie, że nasze wspólne rozważania nie odeszły w zapomnienie.
Bujdystes: Jakże by mogło się tak stać, mistrzu?!
Skrytest: No dobrze, wróćmy do naszego tematu. A teraz co się stanie, jeśli zamkniemy oczy?
Fedoniksus: Zobaczymy ciemność.
Skrytest: Czy aby zobaczymy ciemność, czy też nie zobaczymy nic?
Fedoniksus: Po głębszym namyśle muszę stwierdzić, że raczej to drugie, czyli że nie zobaczymy nic.
Skrytest: Doskonale, Fedoniksusie! A jeśli naciśniemy z zewnątrz powieki zamkniętych oczu, to co się stanie?
Bujdystes: Pojawią się kolory, mistrzu.
Skrytest: Właśnie tak. Co byście teraz powiedzieli, gdybym wam wyjawił, że obrazy, które nam towarzyszą podczas życia, to właśnie takie uderzenia, zaś pierwotnym stanem jest owa ciemność, owo nic zamkniętych oczu?
Fedoniksus: Nie może być!
Skrytest: Tak jak już wcześniej dowiedliśmy, nie istnieje nic, a na przykład owa kobieta trzymająca dziecko to tylko pozór. Gdyby owa kobieta podeszła tu do nas i uszczypnęła cię, Fedoniksusie, to odczułbyś ból, choć w rzeczywistości owej kobiety nie ma. Tak samo oddziaływa ona na twoje oczy, że ją widzisz, choć w rzeczywistości nie ma jej. Tak samo zresztą dzieje się, gdy palcami poruszymy nasze zamknięte powieki. Palce ujrzymy wtedy tylko jako kolory, gdyż działanie ich będzie osłabione przez cienką powierzchnię skóry. I dlatego możemy powiedzieć, że w rzeczywistości nie ma nic.
Fedoniksus: Zaprawdę, teraz mistrzu nie można nic zarzucić twojemu rozumowaniu. A teraz gdy to jeszcze w tak jasny sposób wyłożyłeś, nie umiem nawet sobie wyobrazić jak mogłem sądzić kiedyś, że rzeczy istotnie są w świecie dookoła nas.
Bujdystes: I ja tak sądzę, nauczycielu.
Skrytest: Cieszy mnie to wielce.





[i]Najprawdopodobniej mowa tu o dialogu „O błędach powszechnych optyki”, w szczególności ks. VI-VIII (przypis tłumacza)

filozofia (Ada)

Świat składa się z dziesięciu warstw.
1. Pierwsza, najbardziej zewnętrzna jest to warstwa ludzi złych, głupich i małostkowych.
2. Druga, jest to warstwa ludzi tych, co nie robią nic, bądź robią niewiele.
3. Trzecia, jest to warstwa tych, co robią nieco więcej, ale i ta za mało, oraz filozofów i polityków.
4. Czwarta jest to warstwa tych, co robią zbyt wiele, nie robiąc jednocześnie nic ważnego.
5. Piąta  jest to warstwa mężczyzn.
6. Szósta jest to warstwa kobiet oraz niektórych innych istot wyższych.
7. Siódma jest to warstwa ludzi, co umieją poskromić swoje żądze, apetyt, chuci i pragnienie.
8. Ósma to warstwa tych, co ich poskromić nie umieją.
9. Dziewiąta to warstwa tych, co je poskromić umieją, ale nie chcą.

10. Dziesiąta, jest to warstwa najdoskonalsza. Nikt do niej jeszcze nie dotarł.

I jak teraz wygląda twoje życie? (Lyra)


Zbrodnia i kara


McRascal zmiął pustą paczkę po papierosach. Westchnął nazbyt teatralnie – w końcu – siedział sam w hotelowym pokoju. Czerwony neon pulsował za oknem i niemo zapowiadał nadchodzący ból głowy. Ale to stanie się dopiero rano. Teraz butelka była jeszcze w połowie pełna (bo McRascal nie przekroczył jeszcze tej dziwnej granicy, gdy wszystko wydaje się tylko w połowie puste), pokój opłacony był do jutra a on czuł się nieźle.
Mężczyzna wstał i nawet niezbyt chwiejnie poszedł do łazienki. Mokrym ręcznikiem wytarł twarz, palcem umazanym pastą do zębów spróbował, bez większych skutków, pozbyć się smaku popiołu z buzi.
Spojrzał na swoje odbicie i dopiero widok kilku świeżych blizn na policzkach i czole przypomniał mu wydarzenia sprzed kilku dni. Alkohol nadal spełniał swoją funkcję, bo to, co się stało, wciąż trzymane było w jego pamięci za bezpieczną mgłą. Dla pewności wtoczył się z powrotem do pokoju i pociągnął solidny łyk z butelki. Nasunął kapelusz na czoło i ruszył do wyjścia. Po kilku nieudanych próbach w końcu trafił dłonią w gałkę i wypadł na korytarz.
Ostrożność, silniejsza niż pijaństwo, sprawiła, iż przechodząc koło recepcji wyrównał nieco swój kurs i dokładniej osłonił rondem twarz. Mgła leniwie płynęła środkiem ulicy, pomarańczowe światło latarni punktowo rozpraszało ciemności. McRascal zdecydowanym krokiem ruszył na róg Piątej i Mosiężnej – tam zazwyczaj pracowała Sonia. Po drodze wszedł do Drug Store’u i czekając na paczkę Lucky Strike’ów zaczął przeglądać dzisiejszego Poste’a. Na trzeciej stronie opisane były postępy śledztwa w sprawie brutalnego napadu sprzed tygodnia. Szybko odłożył gazetę. Nagle poczuł, że w szybkim tempie przestaje być pijany i niebezpiecznie zbliża się do marngo stanu prawie-trzeźwości. Dla pewności wziął butelkę Ginu do papierosów. Od Soni dzieliło go już tylko kilka przecznic. Przyspieszył kroku.
Stała tam, gdzie zwykle. Chwiała się na zbyt wysokich obcasach, mimo iż podpierała się o ścianę. Miała chude, krzywe nogi, opadający biust i krzykliwy rozmazany makijaż. Na jego widok błysnęła srebrnym zębem i w parodii kokieterii odgarnęła tłusty kosmyk znad czoła.
- Rodney, wyglądasz jak psu z gardła wyjęty – głośno pociągnęła nosem.
- Też się cieszę, że cię widzę – szarmancko podsunął jej jeszcze nie otworzoną butelkę.
Spojrzała z zachłannością na przejrzystą ciecz, ale powstrzymała swoją dłoń w ostatnim momencie.
- Czego chcesz, Rod? – Zaskrzeczała podejrzliwie.
- Och, Sonia, to, co zwykle – skłonił głowę z lekką kpiną – Twojego towarzystwa.
- Znasz zasady, bez zielonych nie da rady – wydęła wargi i spojrzała pożądliwie na Gin.
- Za kogo ty mnie masz? – wepchnął jej w ręce szkło – To tylko drobny prezent, na opłatę też mam środki – spoważniał na moment – Ile za całą noc?
- Sto – spojrzała na niego wyzywająco. McRascal uśmiechnął się szyderczo i podał jej banknot dwudziestodolarowy:
- To zaliczka – dobrze wiedział, że mógłby ją mieć nawet za dziesięć, ale tym razem nie miał ochoty na kłótnię – Idziemy?
Sonia osłupiała na moment, ale nie musiała się długo zastanawiać. Schwyciła go pod ramię i ruszyli do hotelu.
W pokoju ciężko zwalił się na fotel. Nie zdjął nawet kapelusza. Sonia stanęła przed nim i zaczęła powoli się rozbierać. Nie zdążyła nawet ściągnąć drugiej pończochy, gdy McRascal przyciągnął ją brutalnie i zepchnął jej głowę na wysokość swojego brzucha.
- Wiesz, laleczko, czego chcę – sapnął z nieukrywaną niecierpliwością.
Sonia wzruszyła ramionami i sprawnie rozpięła jego rozporek. Po niecałych pięciu minutach zbliżała się do finału, gdy poczuła na skroni pocałunek lufy. Szarpnęła z całej siły, ale McRascal tylko mocniej zacisnął palce na jej kościstym ramieniu. Wreszcie z głośnym sapnięciem doszedł i opadł leniwie na oparcie fotela.
- Bladź! – Sonia momentalnie odskoczyła od mężczyzny – Ty sukinkocie!
Stała w migającym świetle neonu, z rozchełstaną bluzką, pod którą widać było brudny stanik.
- Ty stary, perwersyjny gnoju – podeszła nieco bliżej i patrzyła prosto w rozbawioną twarz mężczyzny – Za to będziesz musiał mi dorzucić coś ekstra...
McRascal stłumił śmiech i starał się wstać. Po kilku próbach zrezygnował i upił kilka łyków z butelki:
- Toś się wystraszyła, Sonieczko – zapiął rozporek – Ale nie na tyle, by choć przez chwilę przestać być kurwą, nieprawdaż?
Sonia uśmiechnęła się po chwili promiennie i podciągnęła spódnicę:
- Bladź budzjet bladź wsjegda – usiadła na nim okrakiem.
McRascal zaśmiał się chrapliwie i głośno sapiąc zaczął rytmicznie miętosić jej piersi. Jego oddech przyspieszał z każdą chwilą, gdy nagle poczuł, że Sonia odskakuje gwałtownie w tył, a po chwili rozległ się huk. Osłupiały spojrzał w dół, na strzępy swojego penisa.
- I kakaja twoja żizn tjepjer? – Sonia odrzuciła pistolet i wybiegła z pokoju.
- Kurrrwa! – Mężczyzna zaczął wrzeszczeć. Już nie był pijany i wiedział, że prędzej czy później zjawią się tu niebiescy. A wtedy wcale nie będą zainteresowani tą ruską dziwką. Raczej jemu poświęcą nazbyt wiele uwagi. I temu zabójstwu sprzed tygodnia – Kurwapierdolęchuj!

Rodney McRascol mocno zacisnął zęby i jednym ruchem oderwał strzępy swej męskości: musi działać szybko, jeśli ma się stąd wydostać. A potem... A potem, jak wszystko przycichnie, dorwie tę małą kurewkę.

I jak teraz wygląda twoje życie? (Monika)

(1.Ranek był mglisty i zimny. Chociaż leżąc w łóżku nie można było określić temperatury. Przebudzenie jak zwykle było nieprzyjemne. Ciążące oddalanie od przyjemności snu wtłaczało w kolejny niepotrzebny dzień . Pierwsza myśl własna o poranku:
-Jan Kochanowski:
Na nabożną
Jeśli nie grzeszysz, jako mi powiadasz,
  Czemu się, miła, tak często spowiadasz?

No właśnie, czemu??
Co ta książka robi przy łóżku? Czyżby wczoraj w pospiesznym zrzucaniu ubrań i rolowaniu pończoch ktoś otarł się o nią, stojącą na półce i zrzucił? Skacząc podczas zdejmowania skarpetki? Ale po co ją zdejmował?
 Wstać, nie wstawać, może jeszcze trochę będzie można poleżeć, nie dotykać tego, co leży obok.

2.Gorąco budzi, kołdra cała spocona i ciężka. Na zewnątrz ciemno jeszcze, ale zaczyna się ranek. Nie, żeby było widno, ale przebudzenie przerwało sen, który zwykle przychodzi w drugiej połowie nocy. Gorąco i ciasno. Poza brzegiem łóżka znów coś leży. Kolejny raz zrzucone przez jakieś wieczorne przepychanki. Niby to przyjemne a jednak jakiś przymus. Pierwsza myśl własna o tym wczesnym poranku:
-Juliusz Słowacki:
Rozłączenie
Rozłączeni-lecz jedno o drugim pamięta;
Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku
I nosi ciągłe wieści. Wiem, kiedy w ogródku,
Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie/ zamknięta;

Na co Iwaszkiewicz(to już druga myśl tego dnia) ( Jarosław):

Panny z Wilka: jednak wiedział, sumując dopiero teraz te rzeczy, że nie zapomniał on tak bardzo o Wilku; że myślał o nim częściej, niżby się zdawało. Że w każde wolne oko jego świadomości wpadało zaraz coś z tamtej epoki, obrazy, którejś z tych kobiet.(...) Wiktor coraz bardziej zachowywał rezerwę, spostrzegając w gadaniu Joli odrobinę histerii, jakiś posmak uczuć niezadowolonej, bezdzietnej, chorej kobiety. Bał się tego jak ognia(...). Rzeczywiście dopiero teraz w trakcie rozmowy z Kazią przyszła Wiktorowi ta myśl do głowy, że nigdy nie kochał się w nikim jak wariat. Podkochiwał się (...) ale jakie to mizerne wobec tego, co mogło było być. (...) tylko to przełamane lato bolało go mocno, jak gdyby zranił się w palec. Z pogmatwanych, nieokreślonych myśli wyłaniało się tylko jedno uczucie: niemożność żadnego osiągnięcia. (...)
-posiąść naprawdę coś, to jest rzecz niemożliwa.

Leżące obok było coraz bardziej nieznośne, jak ciężar odpowiedzialności. Iwaszkiewicz też zresztą był dość uciążliwy- klasycznie bez wyjścia, rozpaczny, poddańczy i obmierzły. Konieczny. I znów bez wyjścia jeszcze raz. Zamknięty. 
Może jeszcze uda się zasnąć.

3.Był wieczór. Czytanie do snu. Rozkoszne. Tuż przed snem. A jednak… Dyktuje:
-Pan Baudelaire:

        XXXI le vampire                                                        XXXI Wampir
Toi qui, comme un coup de couteau,                ty, co tak weszłaś w serce moje,
Dans mon cœur plaintif es entree,                     jak sztylet w głąb wrażego łona,
Toi qui, forte comme un tropeau                       ty silna jak demonów roje,
De demons, vins, folle et paree,                        co przyszłaś próżna i szalona,

De mon esprit humilie                                       ażeby włości mieć i łoże
Faire ton lit et ton domaine ;                             z podeptanego mego ducha,
-          infame a qui je suis lie                           z którą się zrosłem, podły tworze,
comme le forcat a la chaine,                              jak rab przyrasta do łańcucha,

comme au jeu le joueur tetu,                             jak wściekły gracz o grze pamięta,
comme a la bouteille l’ivrogine,                       jak pijak, co ust nie oderwie
comme aux vermines la charogne,                   od flaszki, jak tkwi robak w ścierwie-
-          maudite, maudite sois-tu !                    przeklęta bądź ! przeklęta!

j’ai prie le glaive rapide                                    myślałem : niechże ostrze szpady
de conquerir ma liberte,                                    gwałtownym pchnięciem mnie wyzwoli!
et j’ai dit au poison perfide                               lub zaklinałem ciche jady,
de secourir ma lachete.                                     By dopomogły mi w złej doli.

Helas! Le poison et le glaive                             niestety, cóż ? trucizny, miecze
M’ont pris en dedain et m’ont dit :                   odpowiedziały mi z pogardą :
« tu n’es pas digne qu’on t’enleve                     « nie jesteś godzien, nędzny człecze
A ton esclavage maudit,                                    by twoją wolę skruszyć twardą ;

Imbecile!- de son empire                                   zaprawdę, o stworzenie głupie,
Si nos efforts te delivraient,                              gdy panowanie jej upadnie,
Tes baisers ressusciteraient                              twe pocałunki zbudzą snadnie
Le cadavre de ton vampire !"                           życie w wampira twego trupie. »)

 Otwarte tomiszcze leżące przy łóżku nagle drgnęło. Z głębi strony doszedł przyciszony głos: I jak wygląda teraz twoje życie?
 Z jakiegoś miejsca doleciało :


La vie est ailleurs.                                               Życie jest gdzie indziej.

I jak teraz wygląda twoje życie? (Mikołaj)

                Zbliżała się piąta po południu. Jesienny zachód świetliście pozłocił migoczące tysiącami refleksów, poruszane ciepłym wiatrem, liście. W powietrzu unosił się słodki zapach palonych liści przywodzący na myśl woń pomarańczy i cynamonu. Siedziałam wtedy na szerokim parapecie słonecznego biforium delektując się aromatycznym kubkiem rooibosu z subtelną nutą migdałową i dodatkiem łuski kakaowej. Świat przepełniony był tego dnia jakimś nieuchwytnym nimbem zmysłowej miłości, ulotnej i delikatnej jak poranna rosa skrząca się na płatkach dzikiej róży.
                Pogrążona byłam w marzeniach i wspomnieniach podobnych chwil w moim życiu. Wiatr delikatnie czesał moje włosy a bursztynowe promienie przyjemnie muskały twarz. Sięgnęłam w stronę niskiego orzechowego stolika, na którym piętrzyły się pozycje z literatury pięknej i poezji. Tomik Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej sam wsunął mi się w dłoń. Leniwie przewracałam karty oddając się powabnej subtelności mej ukochanej poetki, kiedy w korytarzu, niczym wiosenny skowronek, zadźwięczał dzwonek do drzwi zapowiadający nieoczekiwanego gościa.
                Sfrunęłam delikatnie z parapetu i zarzuciwszy ogromny szlafrok na troszeczkę staromodną, satynową koszulę nocną pobiegłam otworzyć. Na korytarzu stał wysoki elegancki brunet.
                Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni swej kremowej jedwabnej marynarki przedwojenną cebulę.
- Nie spóźniłem się za bardzo mam nadzieję? – Jego ciepły niski baryton spłynął po moim ciele jak mleczna kąpiel.
- Och skądże! – Powiedziałam otwierając drzwi
                Rumieniec musiał zalać moją twarz gdyż wróżąc sobie rano z tarota kilka razy pod rząd wyciągałam kartę kochanków. To chyba to zdarzenie wprawiło mnie w tak nostalgiczny i rozmarzony nastrój. Teraz widząc tajemniczego nieznajomego wróżba przypomniała mi się z całą intensywnością.
- Och droga pani… - rzekł nieznajomy i widząc mój rumieniec schwycił moją dłoń w swoje silne acz delikatne ręce. Jego dotyk sprawił, iż bezwładnie osunęłam się w jego szerokie i pełne szarmanckiej gracji ramiona prawie zemdlona. Ująwszy mnie najdelikatniej uniósł w stronę pokoju i złożył na dużym łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, jakie stoi naprzeciwko mojego okna. Objęłam jego szyję i odrzuciwszy nieco swoją głowę w tył czekałam z zamkniętymi oczami aż nasze usta zetknął się w miłosnej komunii.
                Czułam jakbym rozpływała się w tym wieczorze i tym słońcu, kiedy obejmował mnie silnie i stanowczo a jednak delikatnie. Muskał moje włosy pocałunkami niczym promienie zachodzącego słońca a kiedy nasze spojrzenia zetknęły się zobaczyłam w jego szmaragdowych otmętach miłość, której nie sposób wyrazić. Nasze uczucia przenikały się nawzajem tak jak nasze ciała a zapach pomarańczy i cynamonu wypełniał każdą chwilę. Kiedy szeptał mi do ucha miłosne sonety Petrarki czułam w sobie dźwięki orkiestry niebiańskiej wygrywającej pieśń nad pieśniami. Świat wirował zataczając coraz większe kręgi a kiedy twarz moją zrosiły gorące łzy rozkoszy on szepnął:


- I jak teraz wygląda twoje życie?
               

                Krzyknęła, kiedy podniosłem ją z podłogi i rzuciłem na biurko. Po czterech i pół godzinie nieustannego bzykania zlany potem czułem, że zbliża się finisz. Ona wiła się pode mną jak piskorz, jak węgorz elektryczny. Jej i moje nasilające się jęki ściągnęły pod okno jej sypialni grupę ciekawskich, którzy teraz stawali na palcach żeby zobaczyć to widowisko a było, na co popatrzeć. Moja nabrzmiała erekcja miała ze trzydzieści pięć centymetrów i co najmniej osiem średnicy. Ona wbiła się paznokciami w politurę tandetnego biurka a ja zaparłem się z całych sił nogami. Wszystko co stało na biurku dawno znalazło się na podłodze a sam mebel zrobił wraz z nami trzy pełne rundy wokół pokoju. Teraz przyparłem i jedno i drugie do okna i ujeżdżałem bez wytchnienia. Biurko łomotało o ścianę niczym młot pneumatyczny lub ubijak do żwiru. Grupka gapiów za oknem powoli się powiększała a co poniektórzy zaczęli mi dopingować. Jej gigantyczne melony podskakiwały rytmicznie w takt seksualnego galopu. Kidy dochodziła (już po raz dziesiąty) wydała z siebie przeciągły krzyk i jęk a swoimi długimi czerwonymi jak krew paznokciami zaczęła drzeć politurę na kawałki, po czym wbiła się nimi w moje plecy. Tłumy kibiców, jakie wypełniały już całą ulicę zaczęły skandować moje imię. Wtedy nadszedł. Orgazm. Trwał bite dwadzieścia minut, podczas których ona nieprzerwanie wyła z rozkoszy.
- Goooool!!!! Zabrzmiał okrzyk za oknem.

                Kiedy ona wiła się jeszcze na zmasakrowanym biurku w parkosyzmach ekstazy, ja zebrałem swoje rzeczy i wyszedłem. Nie chciałem psuć wrażenia po tej dzikiej orgii i przepychać kolanka pod zlewem. 

Ślimaki #2 (Mikołaj)

- Ślimak, ślimak, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi.

Och jak dziś gorąco. Chcę do mamusi. Mówiła, że schodzi z liścia tylko na chwilę, gdzie jest mamusia?
Żeby tylko znowu mnie nie wzięli. Oczki pieką mnie od ich śmierdzącej powierzchni, jak ja teraz zejdę z tej polany? I do tego ten upał. Poczekam tu, może mamusia przyjdzie? Jak są gładkociały to nie będzie suchaków. Może mnie tu już nie ruszą? Mamusiu…
Mówiłaś, że gładkociały nas nie zjedzą, że trzeba tylko się zwinąć i przeczekać, a ten mnie, patykiem chyba, albo pazurem, po brzuszku podrapał. Czemu tak robił? Czemu chciał mnie ze skorupki wyjąć? To nie suchak. Jak piecze. Nie przejdę tak polany nawet jak nie trzeba się przed suchakami chować, mamo gdzie jesteś? Gdzie poszłaś mamusiu?

- Ty, a może znajdziemy drugiego i zobaczymy jak się ścigają po stole?
- Głupi jesteś. Gdzie ci się ślimak będzie ścigał?
- No to wrzucimy go Marcie za kołnierz.
- Daj spokój, tylko się poskarży a nawet piszczenie będzie. Wrzućmy go do ogniska, podobno fajnie strzelają.

Może już wyjdę? Chyba jestem na ziemi. Wszystko się trzęsie jak się poruszają. Boję się mamusiu. Dobrze idę piecze ale pójdę. Polana zawsze prowadzi do lasu, tylko iść prosto, tak mówiła mamusia.
Ojejej! Znowu mnie podnoszą czego oni chcą? Znowu piecze, chowam się, żeby tylko nie chcieli mnie znowu drapać. Boję się mamusiu!

- To mój ślimak! Zostaw go! Jak nie będą się ścigać to go wyrzucę!
- To ja go wyrzucę tylko w ognisko.
- Głupek oddawaj go bo powiem mamie!
- Skarżypyta, patrz co zrobię z twoim ślimakiem!

Oj! Dobrze, że mi skorupka nie pękła od tego upadku. Może teraz sobie pójdę. Poznaje to miejsce to niedaleko od skraju polany. Wrócę zanim mama zauważy że mnie nie ma.
Ach!
Jak boli! Mój pancerzyk! Cały w kawałkach. Musiał na mnie nadepnąć przez przypadek. Zimno mi mamusiu i jak boli. Teraz na pewno nie wrócę pod łopian. Och może jednak, to niedaleko, tylko tak boli. Mamusia by wiedziała co zrobić, mamusiu!

- Ty idioto! Pocoś to zrobił?
- He he he he !
- Pokarzę ci w domu!
- Chłopcy! Szybko! Zbieramy się już!
- Już zaraz!
- Zostaw to idziemy.

Ojej, nie mogę. Już tu zostanę w tej trawie. Mamusiu! Przepraszam, że sobie poszłam. Wiem że podeszłam za blisko pola, ale tam był taki soczysty łopian, a ty miałaś pujść na drugi liść tylko na chwilę. Mamusiu? Gdzie jesteś?
Och znowu! Czego oni ode mnie chcą?

- Łukasz! Co ty tam jeszcze roisz?
- Nic mamo, już idę.
  Może się jeszcze skleisz jak poleżysz w krzakach? Uciekaj ślimaku.

Jak boli. Chyba mi odpadła część skorupki. Co teraz co ja zrobię bez skorupki? Mamusiu czemu oni mną wciąż rzucają? Zaraz jestem na łopianie. To skraj polany!
Mamusiu? Gdzie jesteś? To gdzieś tutaj było. Och jest mamusia! Mamusiu! Tu jestem! Tu na łopianie! Mamusiu!

- No już. Gotowi? No to jedziemy. Dosyć tego piknikowania. Macie chyba lekcje do odrobienia na jutro?
- Oj mamo…
- Marcin! Gdzie ty jeszcze? Jedziemy już słyszysz?
- Ja tylko, zapomniałem czegoś z pod wiaty.

Och! Nie mogę. Mamusiu zobacz mnie proszę tu jestem! Mamusiu jak boli bardzo. Co teraz ze mną będzie bez skorupki? Nie mogę się zwinąć, jak boli.
Ojej. Znowu mnie wzięli. Jak piecze. Czemu oni mnie tak męczą? Przecież nie jedzą nas. Dlaczego tak robią mamusiu…

- Masz głupia glizdo.
- Marcin bo się pogniewam! Wracaj natychmiast bo pojedziemy bez ciebie!
- Mamo! Marcin wrzucił mojego ślimaka do ogniska!
- Marcin! Czy to prawda?
- …
- Pytam się ciebie!
- I tak był zdeptany, nawet nie trzasnął w ogniu, a poza tym to Łukasz...
- Tyle razy ci mówiłam żebyś nie dotykał takich świństw!
- …

- Masz niczego nie dotykać w samochodzie. Jedziemy.

Ślimaki #2 (Lyra)

To był zły rok na Polanie: w pożarze straciliśmy ponad połowę mieszkańców, potem nadeszła susza i niewiele zdołaliśmy zgromadzić zapasów na nadchodzącą zimę... A na koniec nastały mrozy i było jeszcze gorzej niż przewidywaliśmy.
Ja miałem dużo szczęścia: żyję samotnie, na skraju naszej osady. Teraz obserwuję z daleka jak powoli wszyscy sie budzą. Za kilka dni, być może, przyjdzie ktoś by sprawdzić czy żyję. Będzie rozmawiać ze mną jak z dzieckiem, bo prawie wszyscy sądzą, że myślę wolniej niż inni. To nie jest prawdą, po prostu lubię przemyśleć to, co słyszę. Dlatego będą długo milczeć, wymyślając słowa mniej poważne niż „śmierć”, by choć trochę, dla przyzwoitości, opowiedzieć mi, jak ciężka była zima. Ja wiem jaka była, ale, również dla przyzwoitości, udam zdziwienie i nic nie powiem. Tak zawsze było lepiej.
---
Wczoraj przyszedł mnie odwiedzić Pająk. Jest kimś w rodzaju króla i ma osiem nóg. Za tydzień Tekla, jego córka, wychodzi za mąż: będzie wielkie święto, z pokazami robaczków świętojańskich i muzyką pasikoników. Ja mam opowiedzieć jakąś historię (bo znam ich mnóstwo). Rzecz jasna zgodziłem się. To będzie przyjemna odmiana. Za dwa dni wyruszę, żeby na pewno być na czas. W końcu mam prawie całą Polanę do pokonania. Czasami chciałbym mieć chociaż o jedną nogę więcej...
---
Przez całą drogę układałem historię. Wpierw nie mogłem się zdecydować na temat, a to ważne. Nie pasowały do tego opowieści o ataku ptaków sprzed paru wiosen, ani wizyta dwunożnych... Migracja królików też, bo to raczej odpowiednie na coroczne spotkania Rady, a nie ślub królewny. To powinno być coś romantycznego... Może jak szukaliśmy narzeczonego dla Anny, naszej modliszki?... Tak, to będzie odpowiednie.
---
To był piękny ślub. Przejdzie do historii, a gdy Anna ponownie znajdzie kandydata na męża, opowiem na przyjęciu historię ślubu Tekli. Symetria w ten sposób zostanie zachowana... Kiedy ruszałem w drogę powrotną, wszyscy nadal się wesoło bawili. Pożegnałem się tylko z Pająkiem. Obiecał odwiedzić mnie, gdy zacznie się pora sucha. Lubię te nasze spotkania. Gramy w warcaby i wspominamy stare czasy.
---
Pająk nigdy nie przyszedł. Z oddali patrzyłem na dym przesłaniający niebo. Być może, gdy wszystko się uspokoi, ktoś przyjdzie i opowie, jak straszny był to pożar i jak wielu zginęło. Tym razem nie udam zdziwienia: zwyczajnie nic nie powiem.


Ślimaki (Mikołaj)

- Dosyć mam tej cholernej babki! Panowie, kiedy ostatnio widzieliście prawdziwy łopian? Wszędzie tylko mlecze i szczaw! I ta cholerna babka!
Było to pewnego ciepłego wiosennego popołudnia kiedy to, a jakże, pod niezaprzeczalnym wpływem charyzmatycznego Romana postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę i zmienić nieco od dawna już znienawidzony jadłospis. Tak brawurowa eskapada, wszelako, nie mogła zostać podjęta przez wzgląd na li tylko podyktowane monotonią diety zdanie któregokolwiek z nas. Koncepcję Romana należało wpierw przedyskutować, rozważyć wszystkie za i przeciw, niewątpliwie wszystkich czekały w związku z tym kompromisy których przyjęcie nigdy nie przychodzi łatwo. Prawda. Roman był naszym, można to określić, przywódcą duchowym. Charyzmatyczny, zdecydowany, odważny jak żaden z nas. Bylibyśmy poszli za nim jak w dym gdyby nie rozwaga i rozsądek z jakim do wszystkich Romana uniesień i zrywów podchodził Gienio.
- Roman pogrzało cię? Masz tu wszystko czego ci potrzeba.
Niestety Gienio pomimo swego niezaprzeczalnego geniuszu miał niejakie trudności z wyrażaniem swoich myśli. Z pośród naszej trójki bodaj jedynie w mojej osobie znajdował szczere zrozumienie dla swej myśli. Zawsze uważałem fakt iż geniusz, demon racjonalizmu, umysł tak światły i nieskrępowany widzi swego idola w osobie Romana, tego marzyciela i lekkoducha, za osobistą porażkę. Z drugiej strony to właśnie trzymało nas razem. Ja podziwiałem Gienia, Gienio zazdrościł Romanowi jego braku skrępowania a Roman… Roman zawsze marzył o tym by bajerować dziewczyny elokwencją. Jego życiową tragedią był fakt iż w głębi duszy paliwoda i zawadiaka Roman miał słabość do nieśmiałych i delikatnych ślimaczyc których względów nie miał szans pozyskać na swój (swoją drogą imponujący) bajer z napinaniem stopy.
- Nie słyszałem poza tym żeby babka komukolwiek zaszkodziła.
Ach cały Gienio! Ta subtelność przemawiająca przez twarde jak głaz dane empiryczne.
- Gieniu, zaszkodziła nie zaszkodziła! Co za różnica? Nie o to mi chodzi! Mam jej dosyć! Nie jadłem łopianu od kiedy skończyliśmy tamtą kępę pod drzewem!
- Roman opamiętaj się. Gdzie chcesz iść? Do lasu? Hmm? Prosto do pyska gryzoni czy może na pole? Żeby cię suchak porwał i do gniazda zaniósł?
- Pleciesz Gieniu! Jak pójdziemy skrajem lasu na pewno znajdziemy coś godnego do oszamania.
- Panowie! Dosyć! Gienio nie „plecie”, pamiętaj Roman że to on jest tu geniuszem.
- Ludwik ty się nie wtrącaj! Wiem doskonale że gdyby Gienio kazał ci spróchniałą korę wsuwać to schował byś gały ze wstrętu a byś wsuwał!
- Uważaj Roman…
- Chłopaki! Chłopaki! Patrzcie na to!
I już kiedy nasza mała scysja przerodzić się w poważną sprzeczkę olśniewające odkrycie Gienia położyło kres tym przyziemnym błahostkom. Bo oto w wygryzionym przez Gienia otworze na środku pokaźnego liścia babki jawił się nam widok iście niebiański.
- No własnym oczom nie wierzę!
- Sałata!
- Ruszamy!
- Stój Roman a jak jest pryskana?
- Nic mnie to nie obchodzi! Tak zielonej i soczystej sałaty jak żyję nie widziałem a to całe pole jej jest chyba.
Entuzjazm z jakim Roman zabrał się do pędzenia po bruździe biegnącej wzdłuż pola porwał nas wszystkich. Należy oddać Romanowi że sałata wyglądała naprawdę fantastycznie. Dopiero wszelako kiedy znaleźliśmy się na bezlitośnie otwartej przestrzenie dotarło do nas jak łatwym staliśmy się łupem dla kołujących nad polem suchaków.
- Ludwik wracajmy Roman zwariował! – zakwilił Gienio i zaczął obracać się w stronę lasu.
- Daj spokój mamy już dalej niż bliżej. Właź mi na muszlę zaniosę cię.
Z przerażonym geniuszem na plecach grzęzłem w miękkim torfie, gdyby zobaczył nas suchak nie mieli byśmy żadnych szans, było to ryzyko które jednak musiałem podjąć. Roztrzęsiony Gienio najpewniej nie zebrał by się w sobie aby udać się w jakimś określonym kierunku i kręcił by się w kółko aż nie dopadł by go któryś z tych potworów. Teraz rozklejał się na mojej skorupie bulgocząc jakieś nieartykułowane dźwięki.
- bul, bul, bul,
- Trzymaj się Gieniu, nie odpuszczaj, jesteśmy prawie na miejscu.
- uuuu! Bul, Bul, Bul.
- Już widzę Romana Gieniu to już niedaleko.
Ledwie dysząc przemierzyłem odległość od podnóża bruzdy do pierwszej dorodnej główki.
- No jesteście! Myślałem że nigdy się nie doczłapiecie. A ta sałata taka pyszna! I nie pryskana!
Głos Romana wydał mi się dźwiękiem zbawienia. Mimo że byłem na niego obrażony iż dał się ponieść cielesnym rządom pozostawiając swoich towarzyszy w polu (w obu znaczeniach tego słowa) nie mogłem powstrzymać się w przypływie radości z jego widoku i wdrapałem się na liść. Gienio poleżał chwilę zwinięty w swej skorupie, lecz kiedy doszły do niego odgłosy chrupanej świeżej sałaty szybko się ogarnął i dołączył do nas. Były to niewątpliwie najlepsze chwile naszego życia. Siedzieliśmy we trzech na liściu świeżutkiej sałaty i pochłanialiśmy go z pełną świadomością że pod nim kryje się kolejny i kolejny i tak w nieskończoność. Nikt przecież nie dotarł do końca sałaty. Zresztą jak to Gienio określił materia jest ciągła a nie ziarnista więc nie mogli byśmy przejeść całej sałaty nawet gdyby się nas zebrało dwudziestu. No już prędzej by zgniła. Niestety ten olśniewający błogostan nie mógł trwać wiecznie. Przy trzecim chyba liściu usłyszeliśmy rozdzierający powietrze szelest suchych piór atakującego suchaka.
- Kryć się! – zaryczał Roman i zaczął pędzić na drugą stronę sałaty.
- biegniesz Gieniu!
Gienio był sparaliżowany strachem przez sam dźwięk złowieszczego słowa. Niebezpieczeństwo było jednak zbyt blisko. Nie byłem wstanie mu pomóc i ruszyłem w przeciwnym kierunku niż Roman. Rozległ się świst przerażający skrzek i ogromny cień runął na sałatę. Wszystko nagle ucichło.
- AAAAAAA! Ma mnie! Pożarł! To koniec!
- Uspokój się Gieniu po prostu spadłeś z sałaty nie ma się czego bać.
- Słuchajcie chłopaki nie wiem jak wy ale ja się stąd zawijam – rzekł Roman który nagle wychynął z drugiej strony sałaty.
- Ta bestia na pewno jeszcze tu wróci raz jej lanie spuściłem ale to ich nie powstrzyma. Jak jeden nie dał mi rady to wrócą w większej liczbie.

Zrozumiałem że zawdzięczamy Romanowi życie i chociaż Gieniu był nadal przeświadczony iż właśnie umiera w żołądku suchaka z duszą na ramieniu dowlekliśmy go na skraj lasu. Potwór więcej nie wrócił. Nie wiadomo czy to dlatego że Roman go pokonał czy z innych powodów. Fakt pozostaje faktem na pole więcej nie wróciliśmy, nie żebyśmy się jakiegoś tam suchaka bali. Następnego dnia było pryskane i roznosił się od tego taki swąd że nawet na skraju lasu babka (o której w przeciwnym wypadku nie słyszałem aby komuś kiedyś zaszkodziła) była nie do jedzenia. Byliśmy zmuszeni zaszyć się głębiej ryzykując spotkanie z jakimś gryzoniem ale to już zupełnie inna opowieść.

Ślimaki (Lyra)

Najbardziej niesamowita rzecz na świecie

Wioska jest nieduża. Mieszkam w niej z rodzicami i małym Antosiem. Jest jeszcze rodzina starosty i kowal, oberżysta i ksiądz. Ach, jeszcze ruda Zośka, do której nie pozwalają nam się odzywać, chociaż przecież nieraz widziałem jak mężczyźni pukali do jej drzwi wieczorem: powiedziałem o tym ojcu i kazał mi milczeć, bo podobno nic nie rozumiem. Pewnie ma rację.
Na północy jest las i małe jeziorko. Czasem łowię tam ryby, ale rzadko, bo i tak nie biorą. Ale w końcu to jakaś atrakcja i może kiedyś uda mi się wyłowić topielca, tak jak Jankowi od kowalów. Przez trzy dni chodził dumny jak paw i rozpowiadał na lewo i prawo – jakby to była wielka rzecz... Ale na wszelki wypadek chodzę tam raz w miesiącu i sprawdzam kijem dno.
Na wschód rozciągają się nasze pola i podobno jakby iść przez tydzień przed siebie, to doszłoby się do Wielkiej Wsi: tata często powtarz, że jak skończę piętnaście lat, to mnie tam zabierze.
Na zachodzie nie ma właściwie nic, tylko droga. Czasem przyjeżdżają nią obcy, którzy dziwnie mówią. Razem z innymi dziećmi rzucamy w nich kamieniami, bo nigdy nic nie wiadomo. Tak na wszelki wypadek.
A na południu stoi zamek naszego Pana. Dobry to Pan i litościwy, nigdy nie robi objazdów pól, ani nie wzywa dziewcząt na służbę. To trochę tak, jakbyśmy w ogóle Pana nie mieli. Co jednak nie zmienia faktu, iż co niedzielę modlimy się za jego zdrowie.
Czasem żal, że nikogo nie prosi na służbę, tak myślę. Ale nikomu nie mówię, bo raz wspomniałem o tym matce i kazała mi buzię wymyć mydłem i nie bluźnić. Nie wiem do końca, o co jej chodziło, ale teraz staram się pilnować. Nigdy nie zabieram nikogo ze sobą jak idę posiedzieć nad fosą, a jak pytają gdzie byłem, mówię, że byłem nad stawem.
Wczoraj poszedłem znowu popatrzeć na zamek i strasznie się rozmarzyłem, że może kiedyś w podobnym zamieszkam i będę dostawać całego dzika na obiad. I tak jakoś się stało, że nie usłyszałem, gdy otworzono bramę i wyjechał z niej powóz. Nie bardzo wiedziałem co zrobić, więc skłoniłem się bardzo nisko i nie podniosłem głowy, póki nie zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy szybko pognałem do domu.
A w wiosce, na środku rynku, stała ta sama kareta i człowiek ubrany od stóp do głowy w czerń. Wszyscy stali dookoła ze spuszczonymi głowami i całość zrobiła na mnie dość przygnębiające wrażenie, więc schowałem się w stajni. Gdy tylko odjechali, pobiegłem do naszej chaty. Matka szlochała i wyrywała włosy z głowy, a ojciec siedział markotnie na ławie i popijał z gąsiora. Spojrzał wpierw na mnie, potem na Antosia, a na końcu na matkę i powiedział, żeby przestała, bo to uczciwa umowa, a wedle tej uczciwej umowy teraz kolej naszej rodziny. I jeszcze powiedział, że trzeba zdecydować, którego oddadzą.
Tego samego dnia dowiedziałem się, że idę na służbę do Pana. Z radości nie mogłem spać. Mama chyba też była bardzo wzruszona, bo chlipała całą noc.
Zamek okazał się jeszcze wspanialszy niż myślałem. Wszystkie podłogi były z kamienia lub drewna, a w oknach zamontowane były rybie błony. człowiek w czerni okazał się być lokajem (nie do końca wiem, co to znaczy, ale chyba to ktoś ważny) i powiedział, że wieczorem spotkam się z Panem, a póki co mam iść do kuchni i porządnie się umyć.
Pan był jeszcze większy niż nasz kowal, a oprócz tego nosił czerwone spodnie i białą koszulę. Obejrzał mnie bardzo dokładnie, sprawdził zęby i pytał, czy często choruję. Potem kazał mi wypić jakiś płyn i zdaje się, że zasnąłem.
Obudziłem się w ciemnym pokoju i wszystko było jakieś inne. Nic nie widziałem, więc chciałem wyciągnąć rękę, żeby chociaż zorientować się gdzie jestem, ale, co najdziwniejsze, nie znalazłem swojej ręki: ani lewej, ani prawej. Postanowiłem więc poczekać spokojnie, aż ktoś po mnie przyjdzie.
Zjawił się sam Pan i uśmiechnął na mój widok. Przynajmniej tak sądzę, bo cały obraz był jakiś niewyraźny. Obszedł mnie dookoła i poklepał po plecach, które wydały dziwny dźwięk „puk, puk”.

Pan był bardzo zadowolony i powiedział, że niedługo zostanę przeniesiony do Bestiarium, a potem spytał, czy chcę zobaczyć najbardziej niesamowitą rzecz na tym świecie. Skinąłem głową, bo jakoś nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Służący przynieśli wielką posrebrzaną taflę i rzeczywiście, nigdy nie widziałem tyle srebra naraz. W samym jej centrum namalowano ślimaka.